Zaczęło się od pecha
Planowaliśmy wyprawę na Sulawesi (dawnej zwana Celebes), a polecieliśmy do Stanów Zjednoczonych. „Planowaliśmy”, bowiem tym razem trudy wyprawy postanowił dzielić ze mną Irek Szpot. On też zajął się całością przygotowań finansowych. Do moich zadań należało zaledwie przygotowanie sprzętu i opracowanie trasy.
Jak wspomniałem chcieliśmy lecieć na Sulawesi, ale koszt biletu (około 1400 USD na osobę) w połączeniu z niewygodą podróży (kilka przesiadek) zadecydował o zmianie planów. Na dodatek czasowo ograniczały nas nasze urlopy. W grę wchodziły tylko dwa tygodnie w lipcu.
Po długich namysłach postanowiliśmy polecieć na Kubę, ale pogoda w lipcu jest na tej wyspie raczej mało sprzyjająca dla wędrówek rowerowych. W końcu wybór padł na Stany. Mając do dyspozycji tak mało czasu zobaczyć można tylko jakiś niewielki zakątek tego ogromnego kraju. Postanowiliśmy, że celem będzie Wielki Kanion.
Plan był prosty: po wylądowaniu w Las Vegas i zapakowaniu sakw na rowery, mieliśmy dojechać do Wielkiego Kanionu, gdzie po zostawieniu „balastu” w jakimś motelu, mieliśmy robić ostre, rowerowe wypady. Taki był plan... Domyślacie się, że było trochę inaczej, jak przystało na wyjazd „na wariackich papierach”. To wariactwo wynikało z faktu, że wiele rzeczy przed wyjazdem załatwianych było na ostatnią chwilę. Tak było z wizami i rowerami. Kilka nieprzespanych nocy, spędzonych na przygotowywaniu sprzętu... Do tego ten upiorny pech, który nas prześladował. Najpierw na lotnisku w Warszawie okazało się, że nasz samolot nie odleci do Frankfurtu. A więc co? Klapa? Wracamy o domu? Nie, Irek załatwił, że polecieliśmy innym, późniejszym samolotem. We Frankfurcie zdążyliśmy na nasz czarter w ostatniej chwili, a w Las Vegas okazało się, że nasz bagaż (czyli nasze rowery i sakwy) został w Europie. No nic, mówi się trudno. I tak mieliśmy spędzić tę noc w mieście hazardu. Wychodząc z klimatyzowanego terminalu lotniska uderzyło nas gorące powietrze. Upss... Jazda na rowerze w takiej temperaturze nie będzie należeć do przyjemności. Ale czego można było się spodziewać po temperaturach panujących na pustyni, na której tylko jedna rzecz ciągle rośnie: Las Vegas?!
Spaliśmy w hotelu Excalibur, stylizowanym na zamek rycerski. Zresztą tu, wszystko jest na coś stylizowane. Fakt, że wieczorem to miasto wywiera niesamowite wrażenie. Gra świateł, tysiące neonów i tłum ludzi powoduje na początku małe oszołomienie. Jednak będąc w tym mieście chociaż dwa dni, dostrzega się jego kiczowatość i nastawienie na wyciąganie z ludzi pieniędzy.

Wracając do pecha, to okazało się, że owszem, bagaż dotarł do nas następnego dnia, ale bez jednego roweru!

Następny przymusowy nocleg i wieczór pełen nerwów – czy ten rower w końcu się znajdzie? Mieliśmy tym samym sporo czasu, aby przemyśleć jak będzie wyglądać dalsza część naszej wyprawy. Podjęliśmy decyzję, że nie będziemy podróżować z sakwami. Przemawiał za tym krótki czas naszego wyjazdu i duża odległość do Wielkiego Kanionu. Zanim byśmy tam dojechali, to już musielibyśmy wracać.
Rankiem dotarł do nas wreszcie drugi rower i po zapakowaniu wszystkiego do wynajętego właśnie samochodu, ruszyliśmy w drogę. Dojechaliśmy do Zapory Hoovera – jednego z największych tego typu obiektów na świecie (232 m wysokości).