Bryce Canion
Dobrych kilka godzin zabrało nam pokonanie samochodem sporego dystansu, który dzielił nas od kolejnego pięknego zakątka: Kanionu Bryce’a. Jako, że robiło się ciemno, a koniecznie chcieliśmy dojechać na miejsce, to nacisnęliśmy trochę mocniej na gaz. Nie spodobało się to miejscowemu policjantowi, patrolującemu trasę radiowozem wyposażonym w kamerę. Na szczęście skończyło się na pouczeniu. Noc w motelu na standardowych łóżkach „king size”. Zresztą w Stanach wszystko musi być największe najlepsze i w ogóle naj. Dotyczy to także posiłków. Nie zapomnę nigdy pizzy, którą zamówiliśmy któregoś dnia w pizzerii. Wybraliśmy po średniej na głowę, a były one większe od tych, które standardowo jada się w naszym kraju. A mogliśmy wybrać jeszcze „dużą” i „super dużą”. Nie chcę nawet myśleć, jakie mogłyby być wielkie.
Kolejny ranek zaczął się standardowo: pakowanie sprzętu do samochodu i obfite śniadanie. Niestandardowe było to, że Irek zatrzasnął kluczyki w samochodzie. Nie pisałem, że pech nas prześladował? Na szczęście kilkanaście kilometrów stąd był warsztat, który „naprawiał” takie rzeczy. Pan przyjechał, pomajstrował około minuty i skasował 50 dolarów.

Nieświadomi pięknych widoków, które nas czekały, wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy pod górę w kierunku Kanionu Bryce’a. Gdy w końcu dotarliśmy do pierwszego punktu widokowego naszym oczom ukazał się widok, który powalił nas z nóg: wielokolorowe rzędy kolumn wycięte z miękkiej skały przez słońce, wiatr i deszcz. Niektóre łączą się w zamki z murami obronnymi i basztami. Gdzie indziej zieją otwory płytkich jaskiń. Nad wszystkim czuwają wyrzeźbione przez naturę posągi Indian.



Szlakiem krawędziowym ponoć nie można jeździć rowerami, ale my nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności podziwiania całego kanionu. Każde przejechane kilkaset metrów zmieniało perspektywę, odkrywając coraz to nowe, niesamowite widoki.

Tak dotarliśmy do końca kanionu, a ściślej mówiąc najwyżej położonego końca jego krawędzi. Tak zauroczyło mnie to miejsce, że wypstrykałem w Kanionie Bryce’a aż dwie rolki filmu.

Zjazd asfaltową drogą był super. Znowu można było się pobawić w przybieranie najbardziej aerodynamicznych pozycji, albo w wyprzedzanie kolegi, gdy najpierw „posiedziało mu się na kole”.