Brian Head i okolice
Nocowaliśmy w Brian Head. Najwyżej położone w Stanach miasteczko, sprawiało wrażenie uśpionego. Pewnie zimą jest tu tłoczno. Następnego dnia wjechaliśmy na Brian Head Peak o wysokości 3447 m n.p.m. Tym samym jest to najwyżej położone miejsce, na które wjechałem rowerem. Ale wjazd był wręcz trywialny. Ot, okoliczne góry są tak wysokie. Później pojechaliśmy na całodniowy wypad po okolicznych górach. Krajobrazy bardzo podobne do naszych Bieszczad. Na początku cały czas zjeżdżaliśmy dość łagodnym zjazdem. Niestety, aby wrócić trzeba się będzie wspinać na tę samą wysokość.

Zjazd pozwalał na puszczanie hamulców i ostrą jazdę. Ale trochę przeholowałem, bo w pewnym momencie po gładkim odcinku nastąpiło załamanie szlaku i kamienie. Nie dało się tego przeskoczyć, ani wcześniej wyhamować przy takiej prędkości, jaką miałem. Próbowałem utrzymać równowagę na tych kamieniach, ale jechałem za szybko. Jakiś kamień przyhamował mój rower, a ja wystrzeliłem z niego jak z procy na położoną z boku łąkę. Poturlałem się i oprócz małych stłuczeń i otarć, rozłupałem sobie tylko opuszek palca wskazującego. Tylko, bo wyglądało to groźnie. Po chwili przyjechał Irek i trochę mnie zrugał za lekkomyślność. Fakt, należało się, bo jakbym się połamał, to byłby spory problem ze ściągnięciem pomocy.
Potem spokojniejszym tempem jedziemy dalej w dół. Irek łapie gumę - urwał się wentyl. Na szczęście mam zapasową dętkę, ale okazuje się, że była w niej mała dziurka. Mówiłem, że prześladuje nas pech podczas tego wyjazdu. Bez łatek nigdzie się nie ruszam, więc nie było problemu.

Dojechaliśmy w końcu nad jezioro Panguitch. Skręcamy w bok by zrobić pętlę po bezdrożach i obejrzeć pozostałości po wygasłym dawno wulkanie. Gdzieś w połowie pętli gubimy właściwą drogę, więc jedziemy dalej na azymut. Dzicz, pustkowie, a do tego palące słońce. Dojeżdżamy w końcu w pobliże naszego jeziora. Zaczynam być głodny, ale z tej strony jeziora nie ma żadnej knajpy. Zaczyna się droga powrotna. Jedziemy innym szlakiem, ale niestety cały czas pod górę. Siły powoli mnie opuszczają. Paliwo mi się skończyło i jadę na rezerwie. Czasami nie mam siły by jechać pod górę. Prowadzę więc rower, zmagając się ze sobą. W takim stanie nie cieszą mnie piękne widoki mijane po drodze, choć przypominają miejscami Góry Świętokrzyskie.

Gdy docieramy do Brian Head jestem bliski wyczerpania. O niczym innym nie marzę jak o sutym posiłku. Pakujemy się do samochodu i zjeżdżamy do Cedar City. Tu spożywany wcześniej wspomnianą ogromną pizzę. Mimo głodu dało się zjeść tylko połowę.
Następnego dnia trochę odpoczywamy, bo mięśnie nie zregenerowały się jeszcze po wczorajszych wyczynach. Zatrzymujemy się w cichej wiosce Central. Mała przejażdżka na rozruszanie mięśni. Za to nazajutrz robimy 100 kilometrową pętlę po pobliskich bezdrożach. Szlak jest wspaniały. Zabójcze zjazdy, ciężkie podjazdy, niemiłosiernie piekące słońce, no i niesamowita cisza, zmącona tylko dźwiękami naszych rowerów. Choć te tereny nazywają się Dixie National Forest, to próżno szukać tu lasu (forest – z ang.: las). Za to są świetne tereny do jazdy na rowerze.

Wieczorem czyścimy dokładnie samochód, bo jutro zwracamy do wypożyczalni. Po około 200 km dojeżdżamy do Las Vegas. A nazajutrz lecimy do domu. Tak kończy się nasz wypad na Dziki Zachód.