Korsyka: Droga do Bastii i Półwysep Cap Corse
07.06.2009
Kiedy około 17:00 wjechaliśmy w austriackie Alpy u Igora obudziły się wspomnienia z jego pierwszej, rowerowej eskapady przez Alpy właśnie. U mnie też w klatce piersiowej powstało westchnienie ulgi – jak dobrze, że nie jedziemy na poziomki w Alpy!
Nagle pytanie Igora: ”Przyjedziesz tu ze mną na poziomy?” Cholerka – jeszcze nie siedziałam na moim rowerze, jeszcze nie wiem jak się będzie jeździć pod górę, a już mój mąż mnie w tak wysokie góry chce zabierać!!! Doświadczona kilkuletnim stażem małżeńskim odpowiedziałam: „Z przyjemnością jeśli ma Ci to sprawić radość, ale nie wiem czy na poziomie – najpierw sprawdźmy te rowery dobrze?” Na szczęście pochłonęły nas przepiękne widoki. Zielone, trawiaste zbocza wysokich gór z porozrzucanymi na nich domkami wyglądały wręcz idyllicznie. Autostrada przyklejona do zboczy, winnice, jakieś zamki lub ich ruiny – niesamowite! Przeżywane emocje i chwile zadumy przerwał głos z GPSa: „140 km prosto”. Ubaw z tego mieliśmy po pachy.
Na parkingu w Livorno rozbijaliśmy namiot o północy. Camping Pineta – 5 Euro/osoba i 7 Euro namiot.

08.06.2009
Rano pakowanie, śniadanie, pyszna kawa w barze i idziemy do parkingowego zapytać, czy i za ile możemy u nich zostawić samochód na jeden miesiąc. Pomimo iż pan wyraził chęć komunikowania się w języku angielskim nic z tej konwersacji nie wychodziło – pan nie rozumiał nawet najprostszych słów! Po trzech próbach Igor machnął ręką i powiedział, że musimy podjechać na parking w Livorno i tam zostawić auto. No nie! Znowu pakować rowery do środka, szukać parkingu, tam wyładować rowery i szukać drogi do portu? Nie uśmiechała mi się ta wersja. Przypomniałam sobie kilka słów z włoskich zdań czytanych w samochodzie i spróbowałam metodą „Kali chcieć jeść”, czyli „ auto un kemping pineta, a my (i tu pokazałam palcem na siebie i Igora) dżiro di korsika e sardinia kon la bicikletti”. W każdym razie na twarzy pana pojawił się uśmiech oznaczający, że zaskoczył. Na kartce kazał nam napisać ile dni i poszedł zapytać szefa. Hmm, drogo. 8 Euro za dobę licząc 30 dni to 240 Euro! Ale tu już wkroczył Igor, napisał na kartce naszą cenę – 150 Euro i stanęło na naszej propozycji.
Droga do portu zajęła nam 20 minut. Szkoda tylko, że planując wyjazd Igor sprawdzał niedzielne kursy promu, a zapomnieliśmy, że ze względu na różne sprawy wyjechaliśmy z Poznania nie w sobotę, ale w niedzielę. Podsumowując: spóźniliśmy się na jedyny kursujący w poniedziałki prom na Korsykę! W sumie to mnie nawet ucieszyło, bo pomyślałam sobie, że przynajmniej z rowerem bardziej się oswoję. Wieczorem cieszyliśmy się, że mamy duży samochód – nie musieliśmy rozkładać namiotu tylko kolejną noc przespaliśmy wygodnie w samochodzie, rozkładając z tyłu materace i śpiwory.

09.06.2009
Tym razem zajechaliśmy do portu idealnie. Prom do Bastii kosztował nas 54 Euro (2 osoby, 2 rowery). Byłoby taniej gdybyśmy zarezerwowali go z 1 lub 2-miesięcznym wyprzedzeniem przez Internet. Niestety do końca nie wiedzieliśmy kiedy dokładnie uda nam się wyjechać, więc frycowe trzeba zapłacić. Ceny w restauracji na promie mile nas zaskoczyły – nie były jakoś super wygórowane, a jedzenie bardzo dobre! Po 4 godzinach płynięcia postawiliśmy stopy na francuskiej Korsyce.
Widzę, że jakiś facet robi nam zdjęcia gdy schodzimy z promu. No tak – trzeba się przyzwyczaić, że jesteśmy dziwolągami z tymi rowerami! Ale Igor się do niego uśmiecha i odzywa po polsku… To Remigiusz - przedstawiciel „Rowerowej Rodzinki” (www.rowerowarodzinka.pl) pomyślał o tym, by nas przywitać już przy promie. Reszta ekipy czekała na nas w kawiarni na placu St-Nicolas. W końcu znajomość internetową mogliśmy przekształcić w „poznanie się osobiste”. Dwie „prawie 3-latki” - Natalka i Madzia - były tak zajęte zabawą, że nie zauważyły naszego przybycia. Później z chęcią przymierzyły się do poziomek. Kilka porad i spostrzeżeń, wspólne fotki i przejechane razem 6 km. Żegnamy się o 15:30 i dalej jedziemy już sami w stronę Cap Corse.
Trochę bałam się ruchu ulicznego na wąskich, górzystych drogach Korsyki, ale kierowcy ze spokojem czekają aż przejedziemy, nie trąbią, nie wciskają się – super! Widoki są przepiękne – jedziemy wzdłuż wybrzeża mijając stare wieże wartownicze, turkusowe zatoczki i kłaniające nam się zza płotów kilometry oleandrów. Dojeżdżamy do kempingu w Mocinaggio (8,5 Euro/osoba). Standard średnio-niski. Igor bez bagażu wraca do portu wypłacić pieniądze z bankomatu i zrobić zakupy.

10.06.2009
Wyjeżdżamy o 10:30. Lekko pod górkę i tak już będzie cały czas do przełęczy Col de Serra. Widok na zaczynające się już zachodnie wybrzeże jest niesamowity - aż nie chce się zjeżdżać! Od Morsigia zaczyna się super droga – przyklejona do wpadających do morza gór, kręta, wąska – niesamowita! Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, ale wygląda ona nieco inaczej niż w Polsce: kiosk z prasą, bar z alkoholem, sklepik z pamiątkami, toaleta, na tarasie przed budynkiem kilka kawiarnianych stolików i gdzieś zaraz przy drodze prawie niezauważalne dwa dystrybutory z paliwem.
Po drodze mamy okazję obserwować „mijanki” autokarów na wąskiej drodze. Mistrzostwo świata jak dla mnie. Wieczorem około 2 km przed Nonzą mijamy pasące się wśród dębów korkowych kilka krów. Stwierdzamy, że jest to idealne miejsce na nocleg, wiec rozbijamy namiot w miejscu najbardziej osłoniętym od wścibskich oczu.

11.06.2009
Komórka nas zawiodła – nie dzwoniła o 7:00, a naturalny zegar obudził nas dopiero o 8:00. Do Nonzy jest pod górkę. Widoki są tak piękne, że nie opuszcza nas wrażenie iż zamiast pedałować cały czas pstrykamy zdjęcia. Charakterystyczna czarna plaża pod Nonza zawdzięcza swój kolor łupkowi naniesionemu z zamkniętej kopalni w okolicach Canari. Nonza to miasteczko jakimś cudem przyczepione do tarasów wykutych w stromym zboczu. Wąskie domki kryte łupkiem, strome, wąskie schody łączące domy i niewidoczne na pierwszy rzut oka podwórka, tajemne przejścia, kościół, dobrze zachowana wieża stanowiąca doskonały punkt widokowy, odsłaniający ukryte na dachach balkony.
Aż do Marine de Farinole jest piękny zjazd. W St-Florent spotykamy Polaków, którzy od kilkunastu lat eksplorują Korsykę. Podczas miłej pogawędki otrzymujemy garść porad. Oboje z Igorem myślimy to samo: „jak można przyjeżdżać kilkanaście lat w to samo miejsce?!” Później, kończąc wyprawę wiedzieliśmy już, że można o każdej porze roku!
Jedziemy do portu, by na jednej z wielu ławek odsapnąć i coś zjeść. W porcie mnóstwo przycumowanych jachtów i łódek. Dookoła placu o każdy kawałek ziemi walczą między sobą kawiarniane stoliki. To nasze pierwsze dni na upalnej Korsyce i pot leje się z nas strumieniami, więc jak łatwo się domyślić – na zwiedzanie miasta, czy cytadeli nie mamy za bardzo ochoty.