Korsyka: Agriates i Balagne
11.06.2009
Przejeżdżamy przez mostek nad rzeką Aliso i wpadamy tym samym na pustynne rejony Agriates. Aż trudno sobie wyobrazić, że dawno temu był to tonący w zieleni rejon rolniczy. Droga asfaltowa pnie się cały czas pod górkę. Najbardziej męczący jest brak jakiegokolwiek cienia. Kawałek drogi jest akurat remontowany. Z pobocza słychać „dzień dobry, jak się jedzie?” To polska ekipa remontowa. Mówią, że od kilku dni jest chłodniej. Co? Trzydzieści kilka stopni – ładne mi chłodniej! W Safone zatrzymujemy się na obiad w jedynej restauracji. Co prawda zaczęła się już sjesta, ale kelnerka proponuje nam lasagne. Rozkosz podniebienia potęguje dodana do niej sałata z jakimś sosem i zimne napoje z lodówki!
Około 2 km za miejscowością Baccialu zaczyna się „czujny” zjazd. Piękne serpentyny w komplecie z rowerami poziomymi pozwalają rozkoszować się zjazdem aż do skrzyżowania z drogą N197. Śpimy na campingu w Ogliastro (www.village-ostriconi.com; 6 Euro/osoba, 2 Euro/namiot). Po takim dniu jak dzisiejszy docenia się ciepłą wodę pod prysznicem.

12.06.2009
Rano już usta otworzyłam by zacząć narzekać, ale… nie mogę nawet jęknąć. Przewracam się na drugi bok, na plecy i nic. Nic mnie nie boli! Niewiarygodne! Cały dzień w pocie czoła pod górkę i moje ciało jest „nówka sztuka”! Zaczyna do mnie docierać geniusz roweru poziomego.
Śniadanie, czyli bagietkę z dżemem jemy pod sklepikiem na kempingu. Do Ille Rousse pedałujemy pod górkę. Do samego miasta wjeżdżamy z zasłużonym rozpędem. Ille Rousse to nowoczesna, wypoczynkowa miejscowość. Typowe dla rejonu Morza Śródziemnego wąskie brukowane uliczki, stragany i restauracyjne stoliki i gdzieś pomiędzy przemykający piesi i „skuterowcy”. Miasteczko posiada piękną, piaszczystą plażę i tętniący życiem port. Niestety wyjeżdża się z miasta znowu pod górkę. Może to i dobrze, bo przynajmniej jest czas by podziwiać przepiękne plaże w drodze do Calvi. By nie jechać główną drogą odbijamy w D151. Może i jest pod górkę, może i nawierzchnia nie jest super, ale to co przeżywamy jest nie do opisania! Padamy na kolana pod urokiem miejscowości Corbara. W naszej prywatnej opinii Nonza polecana przez przewodniki nie posiada nawet połowy uroku Corbary. Kapitalne wąskie, brukowane uliczki, porcelanowe tabliczki z nazwami ulic, kołatki do drzwi, drewniane okiennice, donice z pelargoniami, maleńkie zaułki prowadzące do metalowych furtek ukrytych za kolorowym pnączem lub kaktusami, za którymi widać „mikro” podwórka. Można tutaj spacerować, wzdychać, cieszyć oczy tym niecodziennym widokiem, napawać się ciszą, a być może spotkać rozleniwionego kota pozującego do zdjęcia na szczycie kamiennego płotu.
Miałam wrażenie, że czas się zatrzymał. Niewiarygodne miejsce! Teraz już znam różnicę pomiędzy główną, turystyczną drogą, a nieznanymi szlakami gdzieś w bok. I nie buntuję się - nawet jeśli jest pod górkę!
Cały czas pedałując w skwarze docieramy do Pigna. Też fajna wioska, ale już bez tego klimatu co poprzednia. Chwała dla pasjonatów ze Stowarzyszenia Corsicada, którzy wpadli na pomysł by odrestaurować stojące tutaj domki, odtworzyć stare rzemiosło i zorganizować punkt informacyjny. Jest tutaj warsztat garncarski, nożowniczy, lutniczy, rzeźbiarski i inne. Ale… no właśnie. Jest jedno „ale”: to miejsce typowo komercyjno-turystyczne. Przeszliśmy się uliczkami, zajrzeliśmy do restauracji, do warsztatu w którym Pani wyrabia drewniane zabawki- cudeńka dla najmłodszych, ale nie poczuliśmy tego czegoś co 3 km wcześniej w Corbarze.
Kawałek za Pigną widać już najwyżej położoną miejscowość na Korsyce – Sant’Antonio. Patrząc z daleka ma się wrażenie jakby zabudowania tej miejscowości tworzyły koronę, którą nasadzono na szczyt góry. Widoki górskich miasteczek rozsianych po okolicznych zboczach wymuszają na nas częste zatrzymania. Cateri mijamy trochę bokiem ponieważ skupiamy się na podjeździe na przełęcz Bocca di Salvi (509 m n.p.m.). Droga biegnie skrajem urwiska i pięknie widać daleko jeszcze przed nami Calenzanę. I dodatkowy bonus w postaci pięknego zjazdu! Nawierzchnia drogi nie jest najlepsza i pozwala docenić rower z pełną amortyzacją. Uśmiech szczęścia mam tak wielki, że mi na niego miejsca na twarzy brakuje!
Zjeżdżamy do Montegrosso, później Montemagiorre. Już nie mam sił, brakuje mi miejsca w piersi by pomieścić te wszystkie emocje, które się zebrały. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek przez cały dzień czuła się taka szczęśliwa, taka ogłuszona pięknem, taka pełna przeżyć!
Za miejscowością Zilia droga skręca w prawo przez mostek. Ale prosto jest wjazd do restauracji. Żołądki już się nam odzywały i szeptały, że mają miejsce na jakąś pizzę lub makaron. OK. Wjeżdżamy na podwórko: kilka plastikowych stolików i grill. Ale właściciel gestykuluje i rozumiemy to, że mamy wyprowadzić rowery i postawić je przy wjeździe na posesję. Nie wiemy o co chodzi, bo nikogo oprócz nas tutaj nie ma, rowery stoją tak, że nie blokują dojścia do żadnego ze stolików. Więc tłumaczymy Panu, że chcielibyśmy zjeść pizzę lub pastę i jedziemy dalej. A gość swoje, że rowery nie tu tylko tam. Być może się nie dogadaliśmy, a być może ten jeden raz tak trafiliśmy. W każdym razie Igor się wkurzył (delikatnie mówiąc) i powiedział, że skoro Panu niemili rowerzyści to łaski nie potrzebujemy i żegnamy się. Igor nacisnął na pedały tak, że smród gumy poczułam! Zatem z niezłym tempem i z niezłej górki mijając gaje oliwne wjechaliśmy do Calenzany. Zatrzymujemy się w jednej z pizzerii na świeżym powietrzu. Bardzo miły właściciel, pyszne pizze serowe i zimne napoje podane dodatkowo w szklankach z kostkami lodu – hmm… jaka rozkosz. Szybko zapominamy o incydencie sprzed kilkunastu minut.
Z pełnymi brzuchami żegnamy właściciela La Prince Pierre i już cały czas z górki wpadamy na drogę do Calvi. Nigdy nie przejeżdżaliśmy z taką prędkością przez ronda – prawie nie hamując! Dzika radość! Pierwszy kemping powitał nas zamkniętą bramą. W sezonie recepcja otwarta do 19:00. Jedziemy dalej. Tym sposobem trafiamy do kempingu La Pinede (6,5 Euro/osoba; 2,5 Euro/namiot). Gorąco polecamy! Recepcjonistka mówiąca bardzo ładną angielszczyzną, internet, restauracja, sklepik, pralnie, basen i kawałeczek do plaży. Ale przede wszystkim miłe przyjęcie pomimo tego, iż było już grubo po 20-tej. Pierwszy przegląd rowerów, ładowanie telefonów i zimne piwko z kempingowej restauracji jako zwieńczenie dnia.

13.06.2009
Wyjeżdżając z kempingu najlepiej skręcić w lewo by minąć pobliską plażę. Z plaży bowiem roztacza się piękny widok na położoną na skalnym cyplu cytadelę w Calvi. Do Centrum miasta jest „żabi skok” i do cytadeli zajeżdżamy bez problemów dzięki doskonałemu oznakowaniu. Po przekroczeniu mostu zwodzonego prowadzącego do cytadeli ma się wrażenie cofnięcia w czasie. Potężne mury okalające górne miasto górują nad portem i dolnym miastem. Kamieniczki tłoczące się przy wijących się wąskich, stromych uliczkach często posiadają wewnątrz niewiarygodnie długie i bardzo strome schody. Z cytadeli podziwiamy panoramę obejmującą zatokę z portem i miasto. Śmiem twierdzić, że Calvi jest jedną z piękniejszych miejscowości na Korsyce. Wyjeżdża się z miasta jak zwykle pod górkę. Wjeżdżamy na drogę D81b. Biegnie ona wzdłuż wybrzeża i na mapie Korsyki oznaczona jest kolorem zielonym jako droga widokowa. Właściwie nie wiem co mam w tym miejscu napisać. Chyba to, że aż się niedobrze robi z nadmiaru piękna. Jak można tyle go posiadać na jednej wyspie?! Osobom chorym na serce lekarze powinni zabraniać tutaj przyjeżdżać. „Sercowcy” z tego co wiem powinni kontrolować i dozować sobie porcje emocji, a na Korsyce na pewno się to nie uda!
W miejscowości Argentella, przy płocie kempingu zostawiamy rowery i idziemy kilkadziesiąt metrów by sprawdzić co zostało po starej kopalni srebra. Niewiele niestety: kilka zrujnowanych budynków z elementami pieców spustowych, komin i ściany budynku administracji.
Przed nami wspinaczka na przełęcz Bocca Bassa i piękny zjazd by wpaść na drogę D81.