Korsyka: zachodnie wybrzeże
13.06.2009
Droga jest fantastyczna i widokowo i „nawierzchniowo”: dosyć strome podjazdy, szerokie i gładkie zjazdy, ostre zakręty zmuszające do zwiększenia czujności. Czasami droga się mocno zwęża i przeciska między skałami. Włosy na głowie stają dęba, kiedy w takim miejscy obserwuję „mijankę” autokaru z samochodem osobowym. Droga, która cały czas pnie się skrajem urwiska prezentuje nam zapierający dech w piersiach widok na Zatokę Girolata. Ja już nie mam sił. I to nie tych fizycznych (chociaż za każdym zakrętem wypatruję Porto), ale brakuje mi już tchu w płucach by wydawać jęki zachwytu. Robimy przerwę na sesję zdjęciową. Zachodzące słońce powoduje, że okoliczne skały mienią się ciepłymi barwami pomarańczowo – czerwonymi, gdzieniegdzie złamanymi szarymi, długimi cieniami. Jedziemy dalej, jeszcze kolejny zakręt i…. jest! Urokliwa zatoczka z intensywnie błękitną wodą, przycupnięte domy przy małym porcie, oddzielonym od plaży wpadającą do morza rzeką Porto. Spokoju tego miejsca strzeże zabytkowa wieża wartownicza z XVI wieku, stojąca na skale przy ujściu rzeki. Kierujemy się prosto do kempingu ponieważ jest już późno. Chcemy się wyspać, zrobić pranie by schło jutro kiedy my będziemy odpoczywać „nie rowerowo”. Planujemy bowiem łódką opłynąć okoliczne rezerwaty i zatoczki. Kemping Igor ocenił na nr 1 z dotychczasowych w jego podróżniczej karierze: kręta, asfaltowa droga z rozchodzącymi się od niej osłoniętymi drzewami tarasami, idealnymi by rozbić namiot czy postawić przyczepę. Niektóre z tych zacisznych, kameralnych „zatoczek” posiadają w wyposażeniu skalne meble kempingowe – wielkie głazy idealnie nadające się na stół i siedzisko. Przy końcu wyjazdu z kempingu atakują Cię kolory kwitnących oleandrów we wszystkich możliwych odcieniach czerwieni i żółci. A kilka kroków dalej jest kilka barów i supermarket czynny do późna.

14.06.2009
W końcu się wysypiamy – w naszym zacisznym placyku. Nie musieliśmy zapinać namiotu przed ewentualnymi ciekawskimi. Miejsce było zacienione, więc nie było porannej „duchoty” w namiocie. Mała przepierka w moim wykonaniu, a Igor szykuje płetwy, bo „a nuż będzie okazja by zejść do wody”. Śniadanie spożywamy na naszych skalnych meblach. Można się pokusić o stwierdzenie, że mamy warunki all inclusive!
Do portu musimy dojść około 2 km, więc mamy okazję zapoznać się z miasteczkiem. Typowe miejsce „wczasowe” niemniej jednak, domy, uliczki, restauracje i hotele są dopasowane do miejsca, tworząc tym samym jego urok. Prawie całą drogę do przystani porastają stuletnie eukaliptusy. Nie wiem dlaczego przewodnik opisuje to miejsce jako „bez osobowości i wdzięku”. Nam się podobało.
Przy porcie jest kilka biur podróży oferujących różne warianty wycieczek łodzią. Skoro cały dzień poświęcamy na „nierowerowanie” to idziemy na całość. Wybieramy biuro Via Mare i proponowaną przez nich wycieczkę „Tour Complet du Golfe” w cenie 45 Euro/osoba. Ten pakiet jest tańszy o ¼ od osobno wykupionych wycieczek do Capo Rosso + Calanche i Gorolata + Scandola.
Już w pierwszej godzinie wycieczki wiedzieliśmy, że Zatoka Porto wpisana jest nie bez powodu na Światową Listę Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Płyniemy na Capo Rosso – cypel na górze którego stoi wieża Turghiu. Później wracając do portu płyniemy wzdłuż wybrzeża, które przyprawia nas o gęsią skórkę. To słynne Calanche od strony morza. Niewiarygodne formy skalne, przedziwne, czerwono-pomarańczowe, granitowe rzeźby, wąskie zatoczki otoczone bardzo stromymi skałami, a to wszystko skąpane w świetle słońca w połączeniu z błękitną wodą o super przejrzystości tworzą nierealny wręcz krajobraz. W porcie wysadzamy część turystów, która wykupiła częściową wycieczkę i zabieramy chętnych by zobaczyć Scandolę i Zatokę Girolata. Dobrze, że mamy zapasowe baterie, bo aparat mamy włączony cały czas. Krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie: rezerwat Scandola, w którym erozja stworzyła groty, szczeliny, iglice skalne pnące się w niebo, czerwone klify, które są bezpiecznym domem dla różnorakiego ptactwa. Mijamy skalne cyple tonące w niewiarygodnie przezroczystej wodzie. Wpływamy do ciasnych zatoczek, przepływamy pod skalnymi łukami i na koniec cumujemy na plaży w Zatoce Girolata. Ten równie uroczy zakątek strzeże genueński fort. Stoi tu kilka domów z czerwonego kamienia i kilka restauracji, a przy pomoście faluje przycumowanych kilka łódek.
Stwierdzamy, że taki dzień jak dzisiejszy nie możemy zakończyć byle jakim posiłkiem. Wrzucamy więc wszystko do namiotu i idziemy spotęgować wrażenia korsykańskimi specjałami. Oprócz oczywiście korsykańskiego wina, delektujemy się omułkami w sosie z sera roquefort i miksem z grilla z sałatą. Pycha!

15.06.2009
Spało się nam rewelacyjnie, więc jak łatwo przewidzieć znowu nici z zaplanowanego porannego wstawania. Dopiero o 10:15 opuszczamy kemping. Z Porto czeka nas około 10 km mozolnego podjazdu. Lekko nie jest. Tracę oddech ,więc robię krótkie przerwy. Po dwóch godzinach podziwiamy Calanche z góry. Czerwone, pomarańczowe i szare, granitowe urwiska i iglice to chyba najbardziej niezwykły widok na Korsyce. Można powiedzieć, że droga jest właściwie wykuta w skale. Po bokach strzelają w niebo pojedyncze skały, często z oknami skalnymi lub niezwykłymi, naturalnymi rzeźbami. Jest też słynne okno skalne w kształcie serca.
Zjeżdżamy do miejscowości Piana położonej w niezwykle widokowym miejscu nad zatoką. Potem podjeżdżamy na przełęcz Bocca a Lavu. Do Cargese sinusoida: podjazdy i zjazdy na zmianę. Miasto wznosi się na skalnym cyplu w Zatoce Sagone. Niezwykły urok tego miejsca tworzy szafirowa woda w zatoce, błyszcząca w słońcu piaszczysta plaża i czerwony kolor klifów. Co ciekawe Cargese założone zostało w XVIII wieku przez Greków, którzy znaleźli na wyspie schronienie w czasie prześladowań tureckich. Do dziś w mieście znajduje się czynna, zabytkowa cerkiew prawosławna. Sytuacja wyznaniowa mieszkańców do dzisiaj zadziwia turystów: naprzeciw cerkwi jest kościół rzymskokatolicki, a obie świątynie „obsługuje” jeden ksiądz.
Z Cargese droga D81 biegnie nad brzegiem morza i jest niezwykle widokowa. Aż do miejscowości Tiuccia małe, dzikie plaże oślepiają białym piaskiem. Oj wołają nas, wołają! Planowaliśmy dzisiaj dojechać do Ajaccio. Stwierdziłam jednak, że na każdej wyprawie żałujemy, że mieliśmy mało czasu by się kąpać i plażować. Pomyślałam, że skoro jest już godzina 16:00 to po co po ciemku rozbijać się w Ajaccio, skoro można skrócić dzień o 20 km i nacieszyć się wodą. Kilka kempingów położonych w Zatoce La Liscia było już dosyć zatłoczonych - pełno samochodów, łódek, desek… Aż tu nagle za zakrętem pojawił się znak „Camping la Marie”. Skręciliśmy tym bardziej chętnie, że droga biegła w prawo, co dawało nam nadzieję, iż wylądujemy nad samym morzem. I tak też się stało. Bardzo przyzwoity (ale chyba najdroższy na Korsyce) kemping, super łazienki i kilka kroków do plaży. Szybkie rozbijanie namiotu, pranie, jedzenie i szybko nad wodę. Piaszczysta plaża o godzinie 17:00 była prawie pusta. Igor się kąpie, a ja wystawiając plecy do resztek słońca nadrabiam zaległości w pisaniu. Woda jednak wyglądała tak wspaniale, że i mnie skusiła. Po dwóch godzinach szybszym krokiem wracamy do namiotu by coś przekąsić i z aparatem wracamy na plażę by podziwiać zachód słońca.

16.06.2009
Oj stromo dzisiaj – dystans 8 km pokonujemy w godzinę i 20 minut. Dojeżdżamy do przełęczy San Bastiano. Jedyna przełęcz jak do tej pory na której stoi bar. Koniecznie muszę się napić i może coś zjeść? Co prawda głodu jeszcze nie czujemy, ale jest południe, za chwilę będzie sjesta i nigdzie nic nie zjemy aż do wieczora. Igor zamawia pizzę, ja jakąś szybką sałatkę. Kątem oka widzę jak Igor komuś odpowiada po francusku: „nie mówię po francusku”, mając minę „nie chce mi się gadać”. Po czym pada odpowiedź: „a po polsku rozmawiasz?” I widzę zaskoczoną minę Igora. W ten oto sposób poznaliśmy Tomka, rodaka, który od dwudziestu lat mieszka w Calvi. Dowiadujemy się, że ma to związek z jego 17-letnią służbą w Legii Cudzoziemskiej. Teraz jest niespełna 40-letnim emerytem. Rozmawiamy chwilę, a ponieważ jedziemy w tym samym kierunku postanawiamy kawałek przejechać razem. Dzień jest ciężki. Dużo podjazdów, a upał dopada nas w miejscach gdzie nie ma ani wiatru, ani cienia. Niektóre krótkie odcinki są tak strome, że ledwie dajemy radę prowadzić nasze poziome rowery. Tomek pomaga mi na jednym z odcinków i podprowadza mój rower. Kawałek dalej chce mu się zjechać z górki i ponownie pod nią podjechać tylko po to, by powiedzieć mi, że kawałek dalej jest już zjazd. Albo Tomek jest nad wyraz uprzejmy, albo ja wyglądam na umierającą (pod koniec dnia stwierdzę, że to pierwsze jednak, uff…). Dzisiejszy dzień to dzień rozmów z nowo poznanym towarzyszem podróży. Tomek opowiada tak niesamowite rzeczy o swoich zainteresowaniach sportami ekstremalnymi, w tak ciekawy i nie nachalny sposób, że można go słuchać bez końca.
Kondycyjnie stanowczo nie jest to mój dzień. Nie mam ani siły, ani chęci by jechać. Igora pewnie namówiłabym na jakiś postój, ale wstyd mi „wymięknąć” przed Tomkiem. Więc jadę dalej i zastanawiam się nad dzisiejszym składem mojego ciała. Poczynając od góry: zamiast głowy mam hektolitry potu pod czapką, która co jakiś czas wypuszcza jego cienkie strużki do moich oczu i ust, tułów posiadam chociaż bez serca i płuc, które wyplułam na którymś z dzisiejszych podjazdów, zamiast nóg mam litry kwasu mlekowego, który wlewa się do butów, w których nie ma stóp tylko stada szalejących mrówek. Na szczęście nie muszę się do tego przyznawać chłopakom - zatrzymujemy się dosyć często by wypić kawę, zjeść naleśniki i mieć okazję, by gadać i gadać i gadać. Po tych kilku pogawędkach mieliśmy wrażenie jakbyśmy się znali od lat. Zazdrościliśmy bardzo, kiedy Tomek mówił, gdzie w świecie był, co widział, jakie ekstremalne sporty uprawia od lat, jak był skoczkiem spadochronowym. Odkrywamy we trójkę małe pokrewieństwo dusz. Zdrowa zazdrość, która zalęgła się podczas tych opowieści, ustąpiła miejsca zadumie i głębokiej refleksji, kiedy Tomek powiedział o sobie „przeżyłem w życiu tyle czarnego, że teraz chcę przeżywać tylko białe”. Przeznaczenie, że się spotkaliśmy? Myślimy, że tak, skoro zaledwie dzień przed naszym spotkaniem wsiadł na rower i po raz pierwszy w życiu ruszył na wyprawę rowerową. W zamian za wrażenia i emocje jakich nam dostarczył mogliśmy zrewanżować się radami i spostrzeżeniami dotyczącymi sprzętu rowerowego i podróży rowerowych.
Postanawiamy ominąć Ajaccio. W miejscowości Mezzavia przejeżdżamy pod imponującym akweduktem. Ten odcinek aż do Porticcio należy do tych odcinków, które nie zachwycają, tylko po prostu trzeba je przejechać. Dalej droga biegnie wzdłuż plaż. Śliczne zakątki w których kotwiczą jachty i łódki. Jedziemy skrajem Lasu Chiavari. Z wąskiej drogi rozciąga się ładna panorama na zatokę Ajaccio. Kawałek za wioską Coti-Chiavari droga zmienia oznaczenie na D155. Mieliśmy dzisiaj dojechać do Priopriano i spać tam dwie noce. Ale ilość przerw w dzisiejszym dniu i długość ich trwania wymusiła na nas wyjęcie z bagaży czołówek. Po 22:00 Tomek zarządza przerwę na kolację. W sumie i tak już na żaden kemping nas nie wpuszczą, więc nie ma się co spieszyć. Poza tym ważne są przeżyte chwile, a nie dystans i średnia prędkość. Więc znowu przez godzinkę chłoniemy dobrą energię bijącą od nowego kolegi. W miejscowości Abbartello rozbijamy się nad samym morzem. Niesamowicie jest brać wieczorną kąpiel na pustej plaży, przy głównej drodze w miasteczku, chowając się między skałkami, które tego dnia zastępują kabinę prysznicową. Jeszcze długo leżąc w namiocie rozmyślamy o dzisiejszym dniu.