Sardynia: Sassari i północny zachód
20.06.2009
Podziękowania dla Kogoś Tam na Górze za to, że wysłuchał moich próśb i wyjeżdżamy dzisiaj przy zachmurzonym niebie i lekkim wietrze.
Planowaliśmy dzisiaj wjechać bardziej w głąb lądu. Jednak by nie walczyć z wiatrem Igor wybiera płaską drogę wzdłuż plaż. Wiatr jest tak silny, że usiłuje za nas zrzucić z rowerów. Są odcinki, które pokonujemy z prędkością maksymalną 10 km/h! Oczywiście żadne z nas nie jest uszczęśliwione tym faktem. Igor jest zły i chce wracać na Korsykę, ja klnę jak szewc i zarzekam się, że żaden wiatr mnie nie zmusi by się poddać! Dzisiaj ujawnia się kolejny plus rowerów poziomych, mianowicie mały opór stawiany wiatrowi. Na „normalnych” rowerach nie bylibyśmy dzisiaj w stanie ujechać w tym wietrze takiego dystansu.
W miejscowości La Muddizza łapię pierwszą na tym wyjeździe gumę w przednim kole. Co za dzień! Humor poprawia się nam około 4 km przed Castelsardo – zaczyna się zjazd i w końcu piękny widok! Średniowieczna cytadela Castelsardo usytuowana jest na odkrytej skale, wysuniętej w morze. U jej stóp przycupnęły nowe, pomalowane na różne kolory domy. Ten kolorowy cypel, obmywany przez fale w zatoczce wygląda kapitalnie! Miasteczko to założył u progu XII wieku genueński ród Doria. Nazwa tego miejsca brzmiała Castel Genovese. Oczywiście gdy nastali Aragończycy zmienili nazwę na Castel Aragonese. Wreszcie w 1796 roku król Sardynii nadał mu obecną nazwę, która znaczy nie mniej i nie więcej tylko „Zamek Sardyńczyków”.
Odbijamy w kierunku Sassari, chcemy dojechać dzisiaj do Alghero. Nasze nastroje odbiegają dzisiaj znacząco od tych, które mieliśmy do tej pory. Igor cały czas ma w głowie powrót na Korsykę. Jesteśmy zmęczeni walką z wiatrem, a krajobraz jakoś nie wynagradza wysiłku. Nie mamy najnowszej mapy, część dróg jest remontowana i toczymy bitwy z objazdami i hałasem mijających nas aut. Udaje nam się minąć bokiem Sassari i znaleźć drogę do Alghero. Zrobiło się późne popołudnie i wiatr jakby osłabł. Niestety ruch samochodowy nie. W pewnym momencie Igor jadący przede mną hamuje, więc ja również. Dociera do mnie, że powodem jest coś leżące na środku drogi. Nie zdążyłam dostrzec co to, a Igor odwraca się do mnie i mówi: „patrz, żółw samobójca”. Ze strachu schował się do swojej skorupy i dobrych kilka minut minęło, kiedy wystawił łepek, zobaczył dwa ufoludki na dziwnych pojazdach, więc dla pewności osikał jednego z nich, po czym wystawił pozostałe członki. Wykorzystaliśmy tego oszołoma do zrobienia kilku zdjęć i puściliśmy go wolno w zarośla na poboczu. Gdyby nie Igor, który podniósł go ze środkowego pasa, pewnie rozjechałaby go któraś z mknących tędy ciężarówek.
Kilkanaście minut później jechaliśmy już wzdłuż kilometrów winnic, by o 21:00 trafić w końcu na rewelacyjny kemping „La Mariposa” w Alghero (ww.lamariposa.it, 10 Euro za osobę).

21.06.2009
Kemping jest super! Położony jest 2,5 km od centrum miasta, na samej plaży. Łazienki ogromne: dużo toalet, umywalnie, prysznice z zimną wodą, z gorącą wodą, osobne zlewy do mycia naczyń i osobne do prania. Obok łazienek codziennie rozpalane jest duże palenisko z rusztami więc można sobie upiec co kto chce. Sklep, bar i recepcja czynne są do późna i nawet w niedzielę. Obsługa ośrodka wzorcowa. Sklepik dobrze zaopatrzony.
Po śniadaniu chwila sjesty w namiocie na czytanie przewodnika. W nocy wiał wiatr, który przygnał chmury deszczowe. Teraz szybko zamykamy namiot i podczas gdy deszcz szaleje na zewnątrz, my śmiejemy się w głos, że nie tak dawno było nam stanowczo za gorąco! Po kwadransie ubieramy się w kurtki przeciwdeszczowe i bez bagaży śmigamy na rowerach zapoznać się z miastem. Miasto zostało założone w XII wieku przez sławną genueńską rodzinę Doria. W połowie XIV wieku zdobyte przez Hiszpana - Pedra IV Aragońskiego, który zaczął sprowadzać tutaj katalońskich urzędników i osadników. Alghero było jednym z siedmiu miast królewskich na Sardynii. Do dziś chlubi się katalońskim pochodzeniem i językiem.
Szerokie nadbrzeże z falochronem jest idealnym miejscem na spacery. Można też pokusić się o kąpiel w morzu o ile nie zniechęcą Was pływające wodorosty (od których zresztą pochodzi nazwa miasta – Alghe oznacza wodorosty właśnie). Zagłębiamy się w stare miasto. Kamienne uliczki, wąskie i pełne sklepów, łączą niezliczoną ilość małych placyków. Nazwy ulic są nadal pisane w języku katalońskim. Nad uliczkami wznoszą się hiszpańskie łuki przystrojone oczywiście suszącym się praniem. Miasto jest pełne gotyckich kościołów, otoczone średniowiecznymi murami i wieżami. Naszą uwagę przykuwa jeden z nich – San Michele – jest chyba najbardziej zdobionym kościołem barokowym jaki widzieliśmy. W drodze powrotnej na kemping, wstępujemy na obiad do pizzerii leżącej na nadbrzeżu. Obserwujemy mijających nas ludzi i dzielimy się wrażeniami z dzisiejszego przedpołudnia. Bardziej od kościołów utkwił nam w głowach spacer po murach z okrągłymi bastionami, które otaczają starówkę, a z których rozciąga się piękny widok na zatokę i na Capo Caccia.
Po powrocie do namiotu Igor postanawia pojechać jeszcze na Capo Caccia. Ja zostaję, robię większe pranie i układam plan na najbliższe dni.

22.06.2009
Dzisiejsze śniadanie jest pyszne – świeże bułki ze sklepiku, kilka plastrów wędliny i świeże figi.
Jedzie się bardzo dobrze nawet w słońcu, które już przebiło się przez te kilka porannych chmurek. Po dwóch godzinach jazdy robimy sobie przerwę na dosuszenie ręczników i posiłek ze świeżych fig.
Nadbrzeżna droga SP105 do miasteczka Bosa jest fantastyczna! Delikatna sinusoida, szeroka, dobrej jakości nawierzchnia prowadzi wzdłuż maleńkich zatoczek i plaż z białymi piaskami. Widoki są jedne z piękniejszych na Sardynii. Nasze dzisiejsze zadowolenie z jazdy potęguje pustka na drodze. Podejrzewamy, że większość zmotoryzowanych porusza się główniejszą drogą N292. I dzięki im za to, ponieważ mamy doskonałe warunki by jechać obok siebie i na bieżąco wymieniać się emocjami i spostrzeżeniami.
Na Sardynii o wiele gorzej niż na Korsyce przedstawia się sprawa „spania na dziko”. Tereny przy drogach są w większości ogrodzone, brak „dzikich zejść” na plaże. Poza tym wysoka fala chyba skutecznie uniemożliwiłaby nam rozbicie namiotu. Przejeżdżając przez mosty widzimy tylko tabliczki z nazwami rzek. Po rzekach niestety żaden ślad nie został. Czasami stoi w korycie jakaś woda ale trudno to nazwać „ciekiem wodnym”. Po kilku spotkaniach z miejscowymi stwierdzamy natomiast, że gdyby ludzi z Sardynii przenieść na Korsykę byłby tam raj na ziemi!
Obiecujemy sobie też, że w każdej miejscowości będziemy „dawać nura” między domy, w wąskie uliczki. Na Sardynii bowiem warto patrzeć na ściany. W różnych zakamarkach nagle potrafi pojawić się malowidło tzw. mural, maleńkie podwórko z dziwnym okienkiem albo niesamowita, kuta skrzynka pocztowa czy kołatka do drzwi. Czasami są to prawdziwe dzieła sztuki!
Po dobrych trzech godzinach jazdy zza zakrętu wyłania się Bosa. Wygląda jak fatamorgana! Nad samym morzem między dwiema górami błyszczy w słońcu skupisko czerwonych dachów. Miasteczko założyli już Fenicjanie. Leży na brzegach Temo - jedynej spławnej rzeki na Sardynii. Na jednym jej brzegu stoi dzielnica Sa Piana: wysokie, kolorowe domy, wąskie uliczki, prowadzące do górującego Castello Malaspina. To zamczysko wzniesione w XII wieku przez ród Malaspinów, później było centrum władzy Aragończyków. Nad samą rzeką leży dawne wolne miasto Sa Piatta z eleganckimi domami stojącymi na brzegu. U ujścia rzeki dzielnica Bosa Marina chwali się nadmorskimi plażami.
Na Sardynii właśnie zaczęła się sjesta, a w naszych żołądkach zaczął pojawiać się głód. Skręcamy do ristorante z zacienionym tarasem. Oczywiście teoretycznie jest za późno na obiad, ale mamy szczęście do ludzi. Przemiły właściciel idzie do kuchni zapytać co mogliby nam na szybko przygotować. Dla nas najszybciej byłoby przygotować makaron z sosem, ale nie tutaj! Szybciej od makaronu przygotowuje się grillowane warzywa i pyszne, wielkie steki. Żołądki mruczą nam z radości.
Nie tylko w ramach rekompensaty za gościnność, ale też z czystej sympatii do obsługującego nas pana wysilamy nasze mózgi, by w jakiś zrozumiały sposób zaspokoić jego ciekawość skąd jesteśmy, skąd i dokąd jedziemy, co to za dziwny rower, itd.
Dość stromym podjazdem pniemy się do Magomadassi i skręcamy później do Tresnuraghes. Pozdrawiają nas siedzący na ławkach starsi panowie. Robią to tak równo jakby ćwiczyli cały dzień.
Z miejscowości Sennariolo widać leżące w górze Cuglieri. Już wcześniej widać było srebrną kopułę XVI-wiecznego kościoła Santa Maria della Neve. Ale tylko ze względu na jeden zabytek nie chce nam się nadrabiać drogi. Omijamy Cuglieri niestety długim podjazdem. Igor chce by nasze liczniki przekroczyły dzisiaj 100km. Może się to uda, bo już za chwilę aż do S. Caterina di Pittinuri pędzimy z górki. Naszym oczom ukazuje się piękne, klifowe wybrzeże i plaża wysypana dużymi otoczakami. Kawałek drogi dalej – S. Archittu – klify wyglądają niewiarygodnie pięknie w zachodzącym już słońcu. Kilka zdjęć, kilka westchnień, kilka objęć i szybciutko jedziemy dalej. Płaską drogą, pchani przez lekki wiatr dojeżdżamy do Cabras, gdzie miał być kemping. Owszem jest, ale po drugiej stronie jeziora. Rzut oka na mapę i decydujemy iż bliżej mamy do Marina di Torre Grande. Wymieniamy szkła w okularach i zakładamy czołówki. Widocznie nie wyglądaliśmy, aż tak dziwnie skoro strażnik na kempingu bez problemu wskazał nam miejsce pod namiot (www.campingspinnaker.com). Spieszymy się z codziennymi wieczornymi rytuałami, bo komary szaleją. Jest późno, kiedy uśmiechamy się do siebie znad parujących „gorących kubków”.