Sardynia: Oristano i Zachód
23.06.2009
Rano bez bagaży jedziemy do oddalonego o 13 km Tharros. Droga prowadzi przez laguny, liczne mosty i kładki rzucone nad kanałami łączącymi rozsiane tutaj jeziora. Gdzieś też na linii wzroku pojawiają się krzewy winorośli. Podobno tylko tutaj rośnie odmiana Vernaccia, z której produkuje się sardyńską sherry.
Bardzo szybko docieramy do wioski San Giovanni, za którą jest cel naszej wycieczki – Tharros. Ponieważ ja nie mam ochoty na zwiedzanie rzymskich ruin w pełnym słońcu, kupuję mrożoną kawę w barze i siadam z nią na tarasie. Przez pół godziny obserwuję grupkę zwiedzających, stojących w tym samym miejscu, w pełnym słońcu i wpatrujących się w dość przesadnie gestykulującego przewodnika. Ja osobiście widzę stertę kamieni, wystające z pomiędzy nich dwie kolumny. Igor kupuje bilet wstępu (5 Euro) i rusza pomiędzy ruiny. Po piętnastu minutach przechodzi na drugą stronę drogi i zwiedza hiszpańską wieżę obserwacyjną. Żeby wejść na samą wieżę trzeba dopłacić jeszcze 2 Euro, ale Igor mówi, że bez wchodzenia na samą górę widok na zatokę i półwysep jest bardzo ładny. Dołącza do mnie po kwadransie, żąda czegoś zimnego do picia i raz jeszcze zaglądamy do przewodnika. Czytamy: „...jest to jeden z najciekawszych zabytków archeologicznych na wyspie, jest to port założony przez Fenicjan w VIII wieku p.n.e i że to prawdziwa gratka dla osób zainteresowanych archeologią. W mieście podziwiać możemy świetnie zachowane części starożytnych świątyń, wież oraz łaźni termalnych...” No cóż, po dzisiejszej wycieczce zwrot „świetnie zachowane” nabrał dla nas nowego znaczenia.
W drodze powrotnej dociera do moich uszu zdanie: „jeśli kiedykolwiek przyjdzie Ci do głowy z okazji jakiejś rocznicy wycieczka „śladem ruin” czy coś podobnego to złożę pozew rozwodowy”. Hmm, ruin zwłaszcza „świetnie zachowanych” mam chyba dosyć na najbliższe kilka lat.
Na kempingu szybkie pakowanie, rozliczamy się (10 Euro za namiot to lekka przesada za tę jakość!) i szybko uciekamy z tego miejsca. Po kilkunastu minutach wjeżdżamy do Oristano. Zgiełk dużego miasta nas przytłacza. Nie mamy nawet ochoty by szukać jakiejś knajpy na posiłek, więc zapełniamy nasze żołądki w napotkanym McDonaldsie. Wyjeżdżamy z Oristano kierując się na Arborea. Kilka kilometrów przed tą miejscowością zaczyna się droga rowerowa. Mijamy rozchodzące się na obie strony kanały i rozlewiska – dom setek czapli, kormoranów, pelikanów i innego ptactwa. Skręcamy do Uras, by stamtąd dostać się do Mogoro. I tutaj zaczyna się prawdziwie sielskie oblicze Sardynii: niewiarygodne wioski z wąskimi uliczkami, domami i kościółkami z kamienia i niezwykle serdecznymi ludźmi. Mijamy Masulias, Baressa, Turri, Tuili. Każda z tych wiosek byłaby w Polsce wielką atrakcją turystyczną - skansenem. A na Sardynii każda z nich jest jedną z wielu górskich mieścin, które nam „mieszczuchom” niesamowicie ładują baterie!
Do nuraga Su Nuraxi – najlepiej zachowanej tego typu budowli na Sardynii - trafiamy w ostatnich promieniach słońca. Nuragami pokryta jest cała wyspa. Szacuje się, że w bezkresnym krajobrazie Sardynii stoi ich jeszcze około 8 tysięcy. Niektóre z nich są w bardzo dobrym stanie. Inne, zarośnięte, powoli rozsypują się w gorącym klimacie. Nuragi zaczęto budować około 1800 roku p.n.e. Budowano je z kamiennych bloków ustawianych bez użycia zaprawy, jeden na drugim. Każda następna warstwa ma mniejszą średnicę, co sprawia, że powstaje charakterystyczne „odwrócone wiadro”. Mimo licznych hipotez do dzisiaj nie wiadomo czy budowle służyły jako domy, fortece czy grobowce. Nurag Su Nuraxi oglądamy zza płotu, ponieważ o tej godzinie brama jest już zamknięta. Ale nawet zza płotu znajdująca się w centralnym punkcie 14 metrowa wieża robi na nas wrażenie. Wstęp tylko z przewodnikiem około 5 Euro.
Do Barumini docieramy po przejechaniu 3 kilometrów. Przy głównym skrzyżowaniu stoi „Hotel 100” (www.diecizero.com). Igor targuje cenę z 60 na 50 Euro za pokój ze śniadaniem. Jesteśmy mile zaskoczeni standardem całego hotelu. Bardzo wygodne łóżka pozwalają nam się wyspać za całe 3 tygodnie.