Sardynia: Nuoro i Wschód
24.06.2009
Pakowanie zajmuje mi 10 minut. Igor smaruje w naszych rowerach „śpiewające” już od jakiegoś czasu łańcuchy. Pyszne śniadanie dało nam moc by dusić na pedały w kierunku Gesturi. Niestety Igor szybko sprowadził mnie na ziemię tekstem, że dzisiejszy dzień to dzień podjazdów. Zobaczymy jak to będzie.
Takiej nawierzchni jak dzisiaj między wioskami w górach życzyłabym sobie w Polsce między głównymi miastami – rewelacja! I jeszcze jako gratis cisza i spokój. Jakoś bez męczarni udaje nam się dotrzeć do Laconi. W czasach hiszpańskich było ono siedzibą arystokracji. Zamek z dębowym parkiem, zimną źródlaną wodą i kolorowym ogrodem, a także sanktuarium Św. Ignacego z Laconi stanowią dzisiaj popularny cel wycieczek. Jakby na potwierdzenie tych słów otrzymujemy brawa od wycieczki emerytów, która „okupuje” bar, w którym zamierzaliśmy wypić kawę i chwilę odpocząć. Cóż, z cichego wypoczynku nici, ale za to zostajemy dopuszczeni do baru jak goście honorowi. Włosi tłumaczą nam co oznacza dany rodzaj kawy na Sardynii, oczywiście pytają też skąd i dokąd jedziemy. Na migi dowiadujemy się, że mamy spokojnie pić kawę, bo oni obserwują nasze rowery, że chętnie nam zrobią zdjęcie z rowerami itd. Spotkanie głośne aczkolwiek niezwykle sympatyczne.
W Laconi zaczyna się podjazd na przełęcz Ortuabis 840 m n.p.m. Dalej, tak jak Igor obiecał rano – podjazd na kolejną przełęcz Sa Casa 1040 m n.p.m. Bardzo znużyła mnie dzisiejsza droga, ponieważ ja jestem osobą, która musi widzieć cel, znać koniec, a przynajmniej etapy. A od Laconi nic się nie działo, żadnych wiosek czyli punktów orientacyjnych. Nic tylko pedałuj i pedałuj. Pięciokilometrowy zjazd do Aritzo nie ukoił mojego bólu. Ale nocleg w hotelu zamiast pod namiotem i owszem.
W hoteliku Modern (www.hotelmodernoaritzo.it; pokój 55 Euro ze śniadaniem) byliśmy jedynymi gośćmi. Jeszcze przed wniesieniem bagaży do pokoju koimy ból ciężkiego dnia w hotelowym barze.
Po kąpieli obowiązkowe myszkowanie po uliczkach Aritzo. Granitowe, stare domy (niektóre popadające w ruinę), wąskie uliczki upiększone donicami z pelargoniami. Niewiarygodny klimat! Zupełnie nie odczuliśmy atmosfery popularnego resortu. Raczej mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w jakimś sennym, górskim skansenie. W niektórych zaułkach ulic czas zatrzymał się w miejscu kilkadziesiąt lat temu!

25.06.2009
Rano czeka nas 9 km zjazdu i tyle samo podjazdu by znaleźć się w miejscowości Tonara. Robimy dużo zdjęć, kręcimy filmiki ponieważ droga jest fantastyczna: prawie zerowy ruch na trasie usianej mostami kolejowymi.
Przez Tianę, Ovodę pniemy się coraz wyżej by w końcu zaparkować w najwyżej położonej wiosce na Sardynii – Fonni (1000 m n.p.m.). Nowe budynki stoją tutaj na zmianę ze starymi domami z kamienia. Pozdrawiamy dziadków siedzących na ławce i kierujemy się w stronę Bazyliki. Przypinamy rowery i zostawiamy wszystko mając 100 procentową pewność, że „ławeczkowi dziadkowie” czuwają lepiej niż niejeden alarm.
Siedemnastowieczna Bazylika della Madonna dei Martiri jest jedną z najpiękniej zdobionych i najważniejszych budowli sakralnych na Sardynii. Przy wejściu do Bazyliki spotykamy pierwsze „murales”. Są to ścienne malowidła bardzo jasno wyrażające problemy gnębiące mieszkańców wyspy. Murale w Fonni przedstawiają tradycyjne życie Sardyńczyków. Można zobaczyć daną uliczkę jak wyglądała kilkadziesiąt lat wcześniej, jak produkowano oliwę z oliwek lub wziąć udział w procesji, chociaż akurat nie trafiliśmy na żaden odświętny dzień. Podoba nam się na Sardynii kultywowanie tradycji (festiwale, parady, odradzające się rzemiosła) i to, że uczestniczą w tym młodzi ludzie. Jakoś nikt (na szczęście!) nie wpadł na pomysł, by stare malowidła zamalować nowoczesnym graffiti.
Igor spogląda na mapę i znajduje skrót do Orgosolo. Jak zwykle górskie serpentyny pną się pod górkę, ale widoki są przepiękne! Miasto wita nas oczywiście malowidłami.
Podobno Orgosolo jeszcze w I połowie XX wieku było schronieniem dla bandytów. Miasto słynęło kiedyś z kradzieży owiec i porwań. Najprawdopodobniej w 1975 roku zaczęto ozdabiać ściany budynków malowidłami. Dla Sardyńczyków był to przede wszystkim oręż w walce politycznej. Dzisiaj jest ich około 150. Zdobią ściany nawet w najbardziej ukrytych zaułkach. Trudno znaleźć budynek, z którego nie "krzyczałyby” hasła, apele, wezwania. W odróżnieniu od malowideł w Fonni, te w Orgosolo w większości są zdecydowanym protestem przeciw pazernej władzy, niesprawiedliwości, bezrobociu i emigracji, wojnom i wszelkim innym plagom naszego świata.
Miasteczko żegna nas pięknym zjazdem. Kierujemy się w stronę Dorgali. Po prawej stronie widać majestatyczne góry Sopramonte. Zaczyna boleśnie odzywać się moje prawe kolano. Niestety przejazd przez miasteczko Oliena to stromy podjazd. Boli mnie już każde „depnięcie na pedały”. Kawałek dalej jest jezioro zaporowe Cedrino i tam odpoczywamy dobry kwadrans. Miejsce jest piękne. Wielkie, majestatyczne wręcz sosny schodzące prosto do wód jeziora. A wszystko to w późnym popołudniowym słońcu nabiera niesamowitych barw. Mijamy zaporę, ale po chwili już nie mam sił. Zostało nam 10 km do Cala Gonone, ale każdy metr to potworny ból w prawym kolanie – muszę zakończyć dzień. Jest godzina 21:00 kiedy docieramy do pierwszego hotelu (www.ilquerceto.com). Igor załatwia nocleg ze śniadaniem. Wprowadza rowery do środka, wnosi bagaże i szykuje jedzenie, a ja mam się iść kąpać w tym czasie. I za to właśnie go kocham.

26.06.2009
Rano oboje nie mamy sił by się ruszyć. Gdyby nie przezornie nastawiony budzik, nie wstalibyśmy przed południem. Widok z okna pokoju na wczorajszą drogę polepsza mi humor – jest to przepiękny górski krajobraz, skropiony naszym własnym, rowerowym potem. Dostaję porządnego energetycznego zastrzyku na dalsze kilometry.
Dorgali jest górskim miastem i nie jest łatwo po jego stromych ulicach poruszać się rowerem. Pamiętając jeszcze wczorajszy ból, po najbardziej stromych uliczkach prowadzę rower. Za Dorgali coś niewiarygodnego – tunel osobno dla rowerów! Pierwszy raz w życiu poruszam się w takim luksusie! Zaraz za wyjazdem z tunelu czekam za Igorem by upamiętnić ten moment na zdjęciu. I oto nagroda za wczorajsze męczarnie – do samego morza 10 km przepiękny zjazd wspaniałą, pełną długich zakrętów, malowniczą drogą! Śmigamy na naszych poziomkach tylko wystawiając odpowiednie kolano na mijanych zakrętach i cieszymy się z widoków i osiąganych prędkości. Nawet przez chwilę nie przeszło nam przez myśl, że wracając trzeba to będzie podjechać. Zajeżdżamy na kemping Cala Gonone. Obsługa w recepcji, w barze, w sklepiku – uprzejma i fachowa. Teren kempingu super: zadaszenia dla samochodów, stoły i ławki pomiędzy namiotami, miejsca do grillowania, duże łazienki i toalety. Tylko cena nas trochę zbiła z nóg – 15,5 Euro za osobę. Dużo, nawet jak za taki standard. No, ale można było przewidzieć cenę, biorąc pod uwagę popularność miejsca w jakim się znaleźliśmy. Szybko się rozbijamy, robimy przepierkę i idziemy do portu rozeznać się w możliwościach. Zatoka Orosei to od strony morza właściwie same plaże. Ale myliłby się ktoś, kto odbierałby to miejsce tylko jako „legowisko do opalania”. Cala Gonone służy jako baza wypadowa do pieszych wędrówek nawet kilkudniowych, do przejażdżek konnych, doskonale znana jest wspinaczom skałkowym, a ze względu na zatopione wraki i podwodne jaskinie miejsce to upodobali sobie także nurkowie. Oczywiście nie brakuje chętnych do uprawiania różnych sportów wodnych i zwykłych plażowiczów. My plasujemy się gdzieś pośrodku: chcemy zobaczyć ile się da najwięcej, ale też przywitać się z wodą. W drodze do portu dyskutujemy jeszcze i sprawdzamy w przewodniku na którą plażę najlepiej popłynąć. Według przewodnika każda jest inna i każda warta jest zobaczenia. Zrobiło się prawie południe, każda z wycieczek to koszt średnio 12 Euro za osobę. Sprawę rozwiązał Igor. Podjął decyzję, że wynajmujemy łódkę motorową za 70 Euro plus koszt paliwa uzależniony od opróżnionego przez nas baku. Super pomysł, bo łódkę musimy oddać najpóźniej do 18:00, a płynąć możemy gdzie chcemy. Szybkie zakupy (napoje, bułki, ciastka) i wracamy do portu po łódź. Jakie było moje przerażenie, kiedy dotarło do mnie, że płyniemy sami! Nie ma sternika! Igor otrzymuje krótki instruktaż łódki. Znowu włączył się w mojej głowie program „nigdy tego nie robiliśmy! A jeśli coś się stanie! Nie umiem pływać!”. Generalnie przerażenie i ogólny paraliż. Ale nie Igor – takie iskry podniety błyskały mu z oczu, że własnego męża nie poznawałam.
Już po wypłynięciu z portu, po zbadaniu możliwości naszej motorówki i wspólnym ustaleniu dozwolonej prędkości, na Igora twarzy zagościł uśmiech tak wielki, że uszy musiały się przesunąć na tył głowy. Jak w reklamie: zadowolenie męża – bezcenne! Za wszystko inne zapłacisz kartą…
Wapienna płyta płaskowyżu Supramonte w niektórych miejscach zatoki Orosei wpada do wody tworząc nawet 600-metrowe ściany i tylko głębokie wąwozy pozwalają dotrzeć do brzegu od strony lądu. Wytrawny wędrowiec może wówczas zażyć kąpieli w jeszcze odludnych zatokach. Chociaż strefa turystyczna coraz bardziej się rozszerza, można spotkać jeszcze białe, piaszczyste plaże, wybrzeża z niezniszczoną roślinnością, która stanowi siedlisko takich ptaków jak orzeł przedni, sęp płowy i sokół Eleonory. By chronić nieskażoną i dziką naturę tego regionu założono Narodowy Park del Golfo di Orosei e del Gennargentu.
Słoneczko świeci, Igor cały czas „próbuje naszą łódkę” i dodaje gazu. Ustalamy średnią prędkość zadowalającą nas oboje i skupiamy się na okolicy. Ze względu na to iż mamy tylko 5 godzin czasu, postanawiamy płynąć do cypla czyli do Capo Monte Santu i wszystkie plaże zwiedzać wracając. Muszę się przyznać, że zabawa jest przednia – najbardziej cieszy mnie frajda jaką Igor ma ze sterownia łódką.
Pan wypożyczający łódkę uprzedził nas o tym, że na wysokości Cala Gorolitze i Cala Sisine ze względu na siedliska ptaków możemy motorówką podpłynąć maksymalnie na odległość 200 metrów. Później należy motor wyłączyć i bez limitu możemy „krążyć” za pomocą wioseł.
Dobre 1,5 godziny zajęło nam dotarcie do cypla. Posiada on wielką rozpadlinę, taki wodny wąwóz w który można wpłynąć mając nad sobą kilkusetmetrowe skały. Niewiarygodne! Chwilę później docieramy do prawie bezludnej Cala Goloritze. Mały skrawek piasku łączący wysokie klify z wodą o niewiarygodnej przejrzystości. Sąsiednia Cala Mariolu została jakby wyrwana skałom. Pokryta jest białymi kamykami wielkości orzechów laskowych i może dlatego nie zastajemy tutaj żadnego turysty. Przy samym brzegu klika rozrzuconych niedbale głazów w niewiarygodnie turkusowej wodzie tworzy bajkową scenerię. Nie zdążyłam się odezwać, a Igor już wyrzucił kotwicę. Hm... uwielbiam to nasze porozumiewanie się bez słów. Po kąpieli odpływamy z żalem. Cala Biriola to już większa plaża, z większą ilością wczasowiczów. Cala Sisine to plaża wymarzona dla „opalaczy”: szeroka połać bielusieńkiego, drobnego piasku, otoczonego od strony lądu bujną roślinnością, a od strony morza rozrzucone kilka drobnych wysepek. Wystarczył rzut oka na kolor wody, te wysepki i nieznaczną ilość cumujących łódek, a Igor kategorycznie zażądał przystanku. Dlaczego nie? To wybrzeże jest po prostu fascynujące! Dobrze, że ochłodziliśmy się trochę tą kąpielą, bo to co czekało nas za chwilę przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Naszym oczom ukazała się plaża nr 1 na świecie – Cala Luna. Nie dziwię się, że została tak nazwana, bo to prawdziwie Księżycowa Zatoka. Lśniący biały piasek, na który już o tej godzinie padają cienie kilku małych jaskiń znajdujących się w wyrastających prawie z wody skałach. Kolor wody? Niezliczone odcienie niebieskiego, od granatu, poprzez turkus, delikatny błękit aż po prawie jasną zieleń. Nie przesadzę jeśli powiem, że plaża ta jest po prostu zjawiskowa. Zaraz za nią w dolnej części ogromniej ściany znajduje się wejście do znanej turystom groty Blue Marino. Nie ma możliwości by dostać się tu pieszo – tylko łódką od strony morza. Nazwa groty wzięła się od lokalnej nazwy foki mniszki, bardzo rozpowszechnionej jeszcze 100 lat temu, a obecnie będącej jednym z najbardziej zagrożonych gatunków na świecie. Kiedyś ta jaskinia była schronieniem tych zwierząt. Dziś główną atrakcją Blue Marino są kilometry podziemnych jezior, korytarzy usianych licznymi stalagmitami i stalaktytami. Podziwiać można piękną grę kolorów wody i form naciekowych. My niestety już z braku czasu musimy podarować sobie zwiedzanie jaskini i płyniemy dalej do kolejnej plaży. Skały ostatniej już, najmniejszej Cala Fuili rozrzucone są w dzikim wąwozie otwierającemu się ku morzu. Można stąd wyruszyć w dwugodzinną wędrówkę na szczyt skał Cala Luna.
Kończymy dzisiejszy „odpoczynkowy” dzień cumując w porcie o godzinie osiemnastej. Jesteśmy naładowani takimi emocjami, takimi doznaniami, że jutrzejszy podjazd nie jest w stanie zgasić naszego szczęścia.

27.06.2009
7 km podjeżdżaliśmy 1,5 godziny. Ale założyliśmy rano, że przed nami spory kawałek drogi, moje kolano mogłoby się dzisiaj nie przypominać, więc obieramy rozsądne tempo. Po podjechaniu chwila odpoczynku. W końcu mamy czas rozejrzeć się dookoła. Widok z pokonanej trasy jest niezwykle malowniczy, widać całe wybrzeże i otaczające je góry.
Z Dorgali prawie cały czas z górki. Przed Orosei wyrasta przy drodze wielki kamieniołom marmuru. Pierwszy raz widzę coś takiego. Z daleka wyglądało to jakby wyburzali jakieś miasteczko. Podjazd do Orosei nas ominął ponieważ główna droga była w remoncie i poprowadzono ruch objazdami. Szybko zaczęliśmy mieć dosyć tych objazdów. Zaczął wiać dobrze nam znany sardyński wiatr, słońce w zenicie, droga góra-dół, góra-dół i oczywiście żadnej chmurki na niebie. Bardzo szybko zapragnęliśmy sjesty. Przebijając się przez wczasowe tereny pomiędzy Marina di Orosei a Cala Liberotto natrafiliśmy na Hotel Restaurację „Villa Campana”. Spokojne, o rodzinnym klimacie, zacienione miejsce prowadzone przez starszą panią.
Trzy dzbanki mrożonej herbaty, wieki półmisek makaronu i nogi oparte o balustradę tarasu pozwoliły nam przez prawie 2 godziny rozkoszować się sjestą. Płacimy i Pani Caterina życzy nam szczęśliwej drogi. Gdyby życzyła „łatwej drogi” to chyba bardziej by się to przydało: cała trasa przez Posadę, Budoni jest górzysta. Sam podjazd do San Teodoro „dał mi wybitnie popalić”. I jak na złość na miejscu nie możemy znaleźć kempingu. Krążymy chwilę, ale szybko dochodzimy do wniosku, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest przewodnik po kempingach Sardynii, nasz GPS i Igora zmysł orientacji. Tym sposobem trafiamy na kemping La Cinta (www.campingsanteodoro.it; namiot 6,8 Euro, osoba 5,4 Euro). Jesteśmy w szoku widząc jak kemping może być zapełniony ludźmi, namiotami i przyczepami. Pierwszy raz podczas tegorocznego pobytu mamy wyznaczone konkretne miejsce pod namiot.