Wyprawa trwała 57 dni, z których 50 spędziłem na rowerze.


Termin:
2.06.1995-28.07.1995

Uczestnicy:
Igor Czajkowski

Dystans pokonany rowerem:
5040 km


Pokonałem ponad 40 przełęczy, w tym:

16 o wysokości powyżej 2000 m n.p.m.:

Cime de la Bonette - 2802,
Col de l'Iseran - 2770,
Passo dello Stelvio - 2759,
Col de Restefond - 2678,
Col du Galibier - 2640,
Hochtor - 2504,
Umbrailpass - 2503,
Furka Pass - 2431,
Franz Josefs Hohe - 2362,
Col d'Izoard - 2360,
Passo Pordoi - 2239,
Grimselpass - 2165,
Ofenpass - 2149,
Col de Vars - 2111,
Passo di Falzarego- 2105,
Col du Lautaret - 2058,

oraz

11 o wysokości od 1000 do 2000 m n.p.m.:

Grosse Scheidegg - 1962,
Malojapass - 1817,
Arlbergpass - 1800,
Passo di Costalunga - 1745,
Gerlosplatte - 1627,
Col de Telegraphe - 1566,
Col du Pillon - 1546,
Cimabanche - 1529,
Col de la Forclaz - 1527,
Col de Montets - 1461,
Iselsbergpasse - 1204.

Zakładałem, że wyjazd ten będzie przede wszystkim wyzwaniem nazwijmy to sportowym. Ale przecież nie po to się jedzie przez sześć krajów, żeby sobie powjeżdżać na najwyższe przełęcze. Wziąłem więc mapę do ręki i zaznaczyłem najciekawsze miejsca. Przeczytałem kilka przewodników i w końcu opracowałem plan podróży.

Na początku myślałem, że więcej będę zwiedzał, ale później okazało się, że ciągle brakuje czasu, a na dodatek obawiałem się o rower. Miałem nadzieję, że nikt się na niego nie połasi. W Szwajcarii, czy Austrii, rower można zostawić na cały dzień bez opieki i nic się nie stanie. Chyba, że będzie przechodził tamtędy jakiś Polak lub Włoch. Chciałem zobaczyć jak najwięcej, choć często ograniczałem się do "powierzchownego" odwiedzania jakiegoś obiektu. Chętniej zatrzymywałem się by obejrzeć jakieś dziwa natury, jak np. Dachsteinhöhlen lub Liechlensteinklamm. Szczególne wrażenie wywarły na mnie panoramy widziane z alpejskich przełęczy. Mocno zapadły mi w pamięci widoki z Col du Galibier, Furkapass, Grosse Scheidegg i panorama Cortiny d'Ampezzo. Mniej fascynowało mnie zwiedzanie zabytków, ale były takie momenty, że brakowało tchu w płucach. Takie wrażenie wywarła na mnie bazylika w Passau (chociaż nie przepadam za barokiem). Podobne wrażenie miałem zwiedzając gotycką bazylikę w Como we Włoszech. Z miejscowości, które najbardziej utkwiły mi w pamięci, wspomnę Wiedeń (przytłaczający ruch uliczny), Hallstatt (piękne położenie i niezwykły urok wąskich uliczek), Stein am Rhein (piękne malowidła na budynkach), Nicea (plaże i turkusowy kolor Morza Liguryjskiego) i Monako (swoisty urok).

Czasami starałem wczuć się w klimat danego miejsca. Na przykład w mieście Mozarta - Salzburgu, usiadłem na starówce i wsłuchiwałem się w dźwięki dochodzącej zewsząd muzyki. Starałem się unikać dużych miast, a jeśli znalazły się na mojej trasie - uciekać stamtąd czym prędzej. Taki los spotkał m.in. Wiedeń, Niceę i Turyn. W tym ostatnim mieście zrobiłem tylko jedno zdjęcie, bo byłem zły i kompletnie załamany po kradzieży w tamtejszym schronisku młodzieżowym. Ubytek trzystu dolarów kosztował mnie sporo zdrowia.

Ale były także miłe momenty. Niech wspomnę tylko, szwajcarską rodzinę z Martigny, która zaskoczyła mnie swą gościnnością. Nie dość, że specjalnie dla mnie przygotowali raclette, otwarli pięcioletniego Bordeaux, to jeszcze czekali na mnie na przełęczy Col de la Forclaz . Podczas tego wyjazdu spotkałem wielu wspaniałych, ludzi, którzy pomagali mi znosić trudy podróży. Pomogli mi np. pozbierać się po wypadku w Austrii. Za to im wszystkim dziękuję.