Supai
Zapadał zmierzch, gdy dojechaliśmy nad krawędź jednej z odnóg Wielkiego Kanionu, która nazywa się Havasu Canion. To znaczy droga się skończyła i pojawiła się przed nami wielka dziura w ziemi - niewyobrażalnie wielka!
Myśleliśmy, że znajdziemy tu jakiś motel, lub coś w tym rodzaju, a tu guzik - nawet żadnego sklepiku. Był tylko parking, na którym ludzie w samochodach powoli układali się do snu. Co gorsza nie było tu żadnego źródła bieżącej wody. Tego nie przewidzieliśmy. Za to spodziewali się tego „mieszkańcy” parkingu. Napełnili nam bidony i próbowali wybić nam z głowy pomysł zjechania w dół kanionu na rowerach. „Tam można tylko zejść na piechotę lub zjechać konno z przewodnikiem. Na rower jest za stromo.” – mówili. W tym momencie (zgodnie z typowo polską przekorą) wiedzieliśmy, że i tak zjedziemy na rowerach.
Noc spędziliśmy pod namiotem. Jak się później okazało, rozbiliśmy go na lądowisku dla helikopterów. No to mamy także niezamierzoną ułańską fantazję.

Pobudka 7:00. Szybkie pakowanie namiotu. Do plecaków wkładamy co trzeba. Wsiadamy na rower i jazda w dół. Zjazd faktycznie nie należał do łatwych.

Na początku wiódł stromym szlakiem wijącym się po ścianie. Trzeba było trochę skakać, no i czasami nawet zejść z roweru. Po zjeździe ze ściany szlak zamienił się w grząski, szutrowy trakt. Nie było mowy o szybkiej jeździe.

Mijani turyści robili wielkie oczy, widząc nas na rowerach. Byli też wśród nich ci, którzy wczoraj odradzali nam ten środek transportu. W końcu po dwóch godzinach pokonaliśmy 13 kilometrów dzielące nas do wioski Supai. Mieszkają tu tylko Indianie ze szczepu Havasupai. Wioska położona jest w kotlinie, oddzielonej od „świata” kilkusetmetrowymi pionowymi ścianami.

Otyłość tubylców była pierwszą rzeczą, która przykuła naszą uwagę. Otyłość to mało powiedziane. Może tutaj tusza świadczy o dobrobycie?
W biurze informacji turystycznej trzeba było uiścić opłatę za wstęp na teren rezerwatu Indian. Tam też zganiono nas za nocleg na lądowisku helikopterów i poinformowano, że dalej nie możemy jechać rowerami. Z żalem zostawiliśmy nasze rumaki i żwawym krokiem ruszyliśmy w dół kanionu, do owianych sławą wodospadów. To co zobaczyliśmy było rzeczywiście niesamowite. Są tam cztery wodospady. Nam udało się zobaczyć trzy, ale dopiero drugi Havasu Falls i trzeci Mooney Falls (licząc od góry) powalały swym pięknem. Wysokość tych cudów przyrody i niesamowity, turkusowy kolor wody powodują, że zapomina się o wszystkim. I dobrze. Po to się coś takiego robi, by oderwać się codziennych problemów.

Do podstawy trzeciego wodospadu wiódł karkołomny szlak zejściowy zakończony poręczówkami. Kąpiel w turkusowym jeziorku i inhalacje parą wodną dały nam siłę by wracać 5 km do Supai i 13 km na krawędź kanionu.

Po odebraniu rowerów nie ujechaliśmy za daleko. Znowu pech: Irkowi wykręcił się lekko pedał i wyrwał gwint. W żaden sposób nie można go było wkręcić z powrotem. Próbowałem naprawić gwint nożem, ale nic to nie dało. Trzeba więc było prowadzić rower. Na górę dotarliśmy o zmierzchu. Byliśmy kompletnie wyczerpani. Szczególnie ostatni, stromy odcinek dał się nam we znaki.