Wielki Kanion
Nazajutrz jedziemy z powrotem w kierunku Wielkiego Kanionu, tym razem do Grand Canion Village, gdzie skupia się większość ruchu turystycznego w tym rejonie. Nocleg na kempingu (15 dolarów od namiotu) dobrze nam zrobi chociażby z tego powodu, że za pokój w hotelu zapłacić trzeba by przynajmniej 100 dolarów.
Tego wieczoru robimy jeszcze wycieczkę rowerową krawędzią Kanionu. Zachodzące słońce rzuca na skały długie cienie, a tam gdzie dociera – barwi na pomarańczowo.

Rowerem można dojechać do oddalonego 15 km od centrum miejsca zwanego Hermits Rest. Tu kończy się popularny szlak krawędziowy West Rim Drive, obfity w punkty widokowe. W Biurze Informacji Turystycznej dowiadujemy się, że zjazd rowerami w głąb Kanionu jest niemożliwy, tzn. zabroniony. A to pech. Pozostaje nam tylko zejść w dół na piechotę. Okazuje się, że część szlaków jest tego dnia zamknięta, gdyż wczorajsza burza zniszczyła niektóre odcinki. Schodzimy więc szlakiem o nazwie Kaibab. Co prawda miejscami był on stromy, ale rowerami spokojnie dałoby się zjechać. Fakt, że ruch na szlaku raczej uniemożliwiałby swobodną jazdę. Pozostaje nam tylko obejść się smakiem szalonego zjazdu. Idziemy szybkim tempem, więc wyprzedzamy sporo turystów. Ci, którzy idą w przeciwną stronę nie wyglądają na „świeżych” – są spoceni i zmęczeni. No tak, temperatura nas nie rozpieszcza. Ugotować się można, a na szlaku nie ma żadnego źródła wody, nie wspominając o sklepiku z prowiantem. Dopiero na samym dole, nad rzeką Kolorado jest schronisko i życiodajny płyn. My jednak dobrze się zabezpieczyliśmy. Mamy z sobą po 3 litry wody na głowę i zapas jedzenia. W przewodniku ostrzegają o możliwości „złapania” udaru termicznego. No i wszyscy odradzają żebyśmy nie robili „down & up”, czyli zejścia do rzeki i wejścia z powrotem na krawędź tego samego dnia. Ponoć to za wielki wysiłek, temperatura i w ogóle. Nie wiedzą, że jesteśmy twardzi! W połowie drogi napotkany strażnik parku mówi to samo i nakazuje nam zawrócić lub spać w schronisku na dole. Tłumaczymy, że zejdziemy jeszcze trochę i zaraz wracamy. Dał się przekonać. A my oczywiście zeszliśmy do rzeki. Po wiszącym moście przeszliśmy na przeciwny brzeg Kolorado. Woda w rzece miała kolor kremowo-brązowy. To skutek wczorajszej burzy. Jesteśmy 900 metrów poniżej i 16 km od krawędzi Kanionu. Powietrze stoi w miejscu. Nie, przepraszam – faluje od gorąca. Spora grupa turystów szykuje się do spływu na ogromnych pontonach. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że aby skosztować raftingu trzeba zarezerwować sobie miejsce przynajmniej z rocznym wyprzedzeniem!


Czas zaczął naglić, więc napełniliśmy bidony zimną wodą i ruszyliśmy w górę. Po drodze spotykamy schodzącą grupkę Amerykanów. Mijaliśmy ich wcześniej podczas zejścia. Jeden z nich skomentował nasz widok: „Pewnie Niemcy” (czytaj: tylko oni schodzą i wchodzą tego samego dnia).

Po ośmiu godzinach od momentu zejścia, dotarliśmy z powrotem na krawędź. Niezły czas, ale łydki bolą.