Korsyka: Południe
17.06.2009
Na poranną kąpiel w morzu miał ochotę tylko Tomek. My chcieliśmy się szybko spakować i zniknąć z plaży. Robimy kilka zdjęć korzystając z ładnego światła. Tomek ma okazję przejechać się na Igora rowerze zanim założymy na niego sakwy. Stwierdza, że jest to rower stworzony dla niego. Tego też dnia Igor wymyśla nową nazwę dla roweru poziomego: „siesta bike”. Hmm… coś w tym jest.
Kawałek od plaży zatrzymujemy się na kawę. To ostatnia pogawędka z Tomkiem. On chce dojechać dzisiaj do Bonifaccio. W zasięgu naszych planów jest tylko najbliższy kemping - mam totalne zakwasy po wczorajszych podjazdach i muszę wziąć jednodniowy rozwód z rowerem.
Na kempingu bar jest nieczynny, sklep nieczynny, restauracja również. Obsługa ma gdzieś ewentualnych gości. Tylko ze zmęczenia godzimy się na takie traktowanie. Miejsca pod namioty są fajne, płaskie i zacienione. Przydałoby się natomiast uprzątnąć z nich gałęzie, wielkie szyszki i suche liście. Taki sam stan prezentują wejścia do łazienek. Generalnie niedbalstwo. Biorąc pod uwagę wszystko powyższe, stwierdzamy, że kemping L’esplanade to najgorszy kemping na jakim przyszło nam spać (5,75 Euro za osobę; 2,8 Euro namiot)

18.06.2009
Panu na recepcji idzie jak po grudzie. Rozmawia z dostawcą stojącym przy biurku, w tym samym czasie odbiera telefony, a gdzieś jeszcze w międzyczasie wypisuje pokwitowania za nocleg i próbuje zagadywać gości. Szlag mnie trafia!
W końcu zajeżdżamy do Priopriano. Jestem zła, bo do samej miejscowości jest fajny zjazd i zaraz za nim ładny kemping. Niepotrzebnie wydaliśmy pieniądze tam gdzie nas nie chcieli…
Dojeżdżamy do Sartene. To najbardziej korsykańskie miasto Korsyki. Jeszcze w XIX wieku panowały tu prawie feudalne porządki. Miasto było podzielone na dwie rywalizujące części: Ste-Anne i Borgo. Szlacheckie rody z obu dzielnic przez wieki, prowadziły tutaj krwawą wendetę. Dopiero w 1834 roku Francuzom udało się zmusić mieszkańców do podpisania pokoju pomiędzy obiema częściami miasta.
Przypinamy rowery do latarni stojącej na placu Liberation i jemy lunch. Siedzimy na wprost ratusza będącego kiedyś pałacem genueńskich gubernatorów. Przechodząc pod bramą ratusza wkracza się miedzy posępne, granitowe domy wśród których do dzisiaj panuje średniowieczna atmosfera. Labirynt ciemnych, brukowanych uliczek połączonych schodami ożywiają kolorowe pnącza i donice z kwiatami. Wchodzimy do kościoła Ste-Marie. Po lewej stronie widać 32-kilogramowy krzyż i 14-kilogramowy łańcuch. Podczas corocznej procesji Wielki Pokutnik dźwiga ten krzyż i przypięte do nóg łańcuchy. Identyfikujący się z Chrystusem Pokutnik ubrany jest w czerwoną szatę z kapturem. Osoba ta wiele lat wcześniej zapisuje się u proboszcza na tajną listę ochotników, którzy chcą odbyć tę anonimową pokutę. Towarzyszy jej Biały Pokutnik przypominający o Szymonie z Cyreny i symbolizujący ludzką solidarność. Procesji towarzyszy atmosfera niesamowitości, podniecenia i żarliwości religijnej. Obiecujemy sobie z Igorem, że jeśli będzie nam dane wrócić na Korsykę postaramy się by było to właśnie w okresie Wielkanocy.
Wracamy na tętniący kawiarnianym życiem plac i wsiadamy na rowery. Już od miejscowości Serragia widać przylądek Roccapina. Jest to charakterystyczne miejsce ze względu na naturalną rzeźbę w granicie przypominającą leżącego lwa. Przepiękna okolica. Przed wioską Monacia-d’Auliene zaczyna być z górki. Ponieważ nawierzchnia jest bardzo dobra nie czekam za Igorem, który co chwilę przystaje by robić zdjęcia, tylko zaczynam zjeżdżać. Kilka kilometrów fantastycznego zjazdu! Zjazdy na rowerze poziomym są niewiarygodne! Z wielkim wewnętrznym oporem naciska się na hamulec, a na korsykańskich serpentynach niestety czasami trzeba.
Po bokach drogi rosną sosny korsykańskie. Kiedy droga się wypłaszcza postanawiam się zatrzymać i zabrać jedną szyszkę na pamiątkę. Igor w tym czasie mnie dogania i wyprzedza. Po chwili ruszam za nim ale widzę, że skręca. Co jest? Przecież do Bonifaccio zostało nam około 20 kilometrów i jak sądzę prostej, szybkiej drogi! Za chwilę sprawa się wyjaśnia: Igor stoi na poboczu i rozmawia z dwójką ludzi. Każe mi dołączyć. Zostajemy zaproszeni na kawę przez Korsykanina i Polkę. Niedaleko od tego miejsca Gilbert ma kawałek ziemi, który nazywa kempingiem. Nie ma tu prądu, bieżącej wody. Jest za to woda z górskiego źródła, prysznic z baniaka, w którym przez cały dzień nagrzewa się woda. Rozmawiamy przy kawie o rodzinie Gilberta, o ich życiu na Korsyce. Są też ciekawi naszej trasy i tego co robimy. Pada propozycja pozostania u nich, bo szykuje się pieczeń z dzikiej świni. Oj, zjadłoby się kawałek mięsiwa, ale do Bonifaccio został nam kawałeczek drogi i obawiamy się, że po 20-tej znowu nigdzie się nie rozbijemy.
W okolicach Coldarello drogę otaczają głazy o przedziwnych formach. Cały czas towarzyszy nam orkiestra świerszczy. Wygrywana przez nie muzyka robi się niesłychanie głośna w miejscach, w których echo odbija ją od pobliskich skał. Dziwne wrażenie…
Kilka kilometrów przed Bonifaccio roztacza się piękny widok na miasto. W promieniach zachodzącego słońca widać lekko zamglone złote klify nadbrzeża. Mamy wrażenie, że patrzymy na jakieś zaczarowane miejsce na końcu świata! Widok jest niewiarygodny.
Kawałek dalej stwierdzamy, że jedziemy bez sensu. Po co pchać się do miasta, skoro możemy zostać w mijanym przed chwilą kempingu i już cieszyć się kolacją? Przecież żadnym problemem nie jest 5 kilometrowy odcinek, który jutro trzeba będzie przejechać do Bonifaccio by dostać się na prom na Sardynię. Cofamy się zatem kawałeczek i tym sposobem zostajemy na kempingu La Trinite. Jest jeszcze czynna restauracja, więc dajemy upust żywieniowym żądzom. Kemping robi na nas bardzo dobre wrażenie: schludne, czyste łazienki, czysty basen, obok restauracja, bar i mini market czynne przez cały dzień. Obsługuje to wszystko młoda ekipa, której (o dziwo) chce się pracować! Miejsca na namioty jest sporo. Dużo drzew, a pomiędzy nimi przystrzyżone trawniki wyczyszczone z gałęzi, szyszek i kamieni. Wzór do naśladowania dla innych właścicieli korsykańskich kempingów (6 Euro/osoba; 2,7 Euro/namiot)
Spisując dzisiejsze dane z liczników zauważyłam dziwną rzecz: szybciej od Igora zjeżdżam, szybciej podjeżdżam, a i tak Igor na swoim liczniku ma większą, dzienną średnią ode mnie. Chyba specjalnie mi tak licznik ustawił i jak tu ufać facetom?!

19.06.2009
Do Bonifaccio zajeżdżamy w 10 minut. Kierujemy się do portu, by kupić bilety na prom na Sardynię. Przypinamy rowery z bagażami do barierki przy parkingu i idziemy zwiedzać miasto. Śmiem twierdzić, że jest to miejscowość, której nie można pominąć będąc na Korsyce. Jest położone na wapiennych, prawie pionowych, 60-metrowych skałach. Dzieli się na dwie części: część dolną - Marine i górną - składająca się z Cytadeli i Starego Miasta. Marine to portowa dzielnica z hotelami, restauracjami i kawiarniami. Latem jest to miejsce pełne ludzi spacerujących lub bawiących się do późnej nocy. Wspinając się mocno w górę przechodzimy przez fortyfikacje Cytadeli. I nagle znajdujemy się w świecie średniowiecznych uliczek. Malownicze zakątki z usytuowanymi ciasno wąskimi domami. Niektóre z nich mają proste fasady i przypominają fortece, inne - wytworne - z przepięknymi marmurowymi nadprożami. Jeśli spojrzeć w górę, ciekawą rzeczą wśród tych wąskich uliczek są łuki łączące kamieniczki. Służą one odprowadzaniu deszczówki do prywatnych zbiorników lub do zbiornika miejskiego. Na dole przy każdej uliczce skupiły się liczne sklepy z pamiątkami, małe butiki, restauracje i kawiarnie. Z uliczki przy Placu du Marche widać stare kilkupiętrowe domy usytuowane na brzegu wymytych klifów. Ma się wrażenie iż kolejny sztorm spowoduje zawalenie się klifu i usytuowanych na nim domów. Oby nie, bo piękno tego widoku nie ma sobie równych! Ponieważ do promu na Sardynię zastała nam już tylko godzina szybszym krokiem kierujemy się na szczyt półwyspu by zdążyć jeszcze odwiedzić cmentarz morski. Trudno się oprzeć wrażeniu, że małe zadbane kapliczki, z których każda jest inna, tworzą nie cmentarz lecz małe miasto. Ten cmentarz jest chyba jednym z piękniejszych jakie widzieliśmy. Wracamy fortyfikacjami, które ciągną się górą klifów wzdłuż zatoki Bonifaccio. Naszym oczom ukazuje się imponujący, biały kanion, w którym jest kilka przystani jachtowych, mniejszych zatoczek i plaż z turkusową wodą. Widoki są fantastyczne!
O 13:00 wypływamy na Sardynię. Kiedy prom wypływa z wąskiego portu mija leżącą zaraz u ujścia latarnię Madonetta. Widok na Bonifaccio od strony morza jest powalający! Nie mamy już wątpliwości iż jest to najpiękniejsze miasto świata!