Korsyka: Castagniccia i Casinca
04.07.2009 cd.
Opuszczamy Corte główną drogą, która posiada dosyć szerokie pobocze. Jest godzina osiemnasta kiedy dojeżdżamy do Ponte Leccia. Odbijamy w drogę D71 w rejon Castagniccia i zaczyna się monotonna jazda pod górkę. Po drodze żadnego hotelu, żadnego baru. Można byłoby rozbić się i spać „na dziko” ale jakoś z pola widzenia zniknęły strumienie w których można byłoby się umyć. Igor wywnioskował, że skoro po drodze mamy Morosaglię – miejsce urodzenia bohatera narodowego niepodległej Korsyki Pasquale Paolego – to pewnie znajdziemy tam jakiś nocleg. Zapada zmierzch więc zakładamy na głowy czołówki i pedałujemy dalej z nadzieją na jakiś nocleg i posiłek. Ale oprócz muzeum nie ma nic. Nie widać motelu ani schroniska. Bariera językowa wymusza dalszą jazdę. Na mapie, około 3-4 km za Morosaglią jest zaznaczony kemping. Dobrze chociaż, że o tej godzinie jest chłodno. Jedziemy w zupełnych ciemnościach rozświetlanych tylko przez księżyc w pełni. W oddali widać światełka przycupniętych na zboczach wiosek. Totalna cisza, nie zmącona hałasem samochodów. Nagle w świetle czołówki kilkadziesiąt metrów przed nami świeci się para oczu, potem dwie, trzy… Serce zaczyna szybciej bić. Wilki, niedźwiedzie? Nie, to stado krów stojących na środku drogi i poboczu. Widząc nas, krowy spokojnie się rozstępują, cały czas patrząc na nas swymi świecącymi oczami. Patrzą na nas tak, jak my na nie - z totalnym niedowierzaniem, że coś takiego o tej porze można spotkać na drodze.
Zajeżdżamy na przełęcz o 22:20. Jako nagrodę mamy kemping za darmo, bo domyślać się można, że nieczynny jest od kilku lat. Rozbijamy namiot przy zamkniętym budynku restauracyjnym i ratującej nasz komfort cielesny działającej umywalce.

05.07.2009
Obudził nas niesłyszany dotąd dźwięk. To tysiące pszczół pracujących na rosnącej nad naszymi głowami lipie. Ten dźwięk towarzyszy nam podczas pakowania i porannej toalety. Kawałek za kempingiem rozpostarł się widok, który kazał nam zejść z rowerów. Oto proszę Państwa region Castagniccia! W górskim krajobrazie, wśród starych lasów kasztanowych wije się droga łącząca położone w tym rejonie wioski. Jedne leżą wysoko na górskich grzbietach i górują jak warowne zamki, inne jakby przyklejone do stromych zboczy, jeszcze inne leżą schowane gdzieś w kotlinach, często opatulone występującymi tutaj mgłami. Wąskie, strzeliste domy z granitu, jakby przyklejone jeden do drugiego, kryte połyskującym w słońcu łupkiem, drewniane okiennice, wąskie, kręte uliczki, ukryte balkony z donicami pełnymi pelargonii tworzą niesamowitą atmosferę. Cisza, spokój wręcz mistycyzm jakby zapomnianych przez cywilizację miejsc.
O tym, że życie się tu jednak toczy przypominają nam stada żerujących przy drodze dzikich świń i spotkania z ciekawymi krowami jak choćby to przy leżących na skraju urwiska ruinach kościoła we wsi Pedicroee. Odbijamy w drogę D506. Mamy dreszcze z emocji mijając wioskę Stazzona. Czas stanął tu w miejscu. Szczerze mówiąc nie myśleliśmy, że takie miejsca są jeszcze na ziemi i że będzie nam dane je odwiedzić.
Aż do Piano jedziemy z górki. Wjeżdżamy w rejon La Casinca. Wąska, asfaltowa droga mija kolejne magiczne miasteczka odległe od siebie o rzut kamieniem. Brakuje nam słów by opisać piękno tego regionu. Fotografuje się trudno bo przeszkadzają łzy wzruszenia napływające do oczu za każdym prawie zakrętem. Przełęcz Bocca di Sant’ Agostinu przejeżdżamy z lekkim zdziwieniem – liczyliśmy się z bardziej stromym podjazdem. Potem kilometry drogi na krawędzi stromego stoku otwierające co chwila piękniejszą panoramę w kierunku morza. Mijamy kolejne wyrastające na zboczach wsie i miasteczka z pełnymi wdzięku domami tłoczącymi się przy wąziutkich uliczkach, kościołami ze smukłymi dzwonnicami wygrywających każdy swoją melodię – Porri, Penta di Casinca, Venzolasca. Wiele z nich położonych jest na wierzchołkach wzgórz co tworzy niezwykły, wręcz powalający widok. Na lunch zatrzymujemy się w Vescovato, w którym wysokie domy tłoczą się przy ozdobionym fontanną ryneczku, na którym kończą swój bieg splatające się wcześniej w labirynt wykute w skale uliczki i schody. Chciałoby się pobyć tutaj kilka dni, nacieszyć tą leniwą atmosferą. Ale warto chociaż znaleźć czas by przysiąść tak jak my na jednym z ryneczków, z których nierzadko jest piękny widok na okolicę, bo kawa nigdzie indziej nie smakuje tak wyśmienicie.
Dzięki Rowerowa Rodzinko za podpowiedź by wjechać w ten region. Podpisujemy się pod stwierdzeniem, że jest to obowiązkowy punkt każdej wizyty na Korsyce.
Niestety kawałek dalej żegnamy się z tą magiczną częścią Korsyki. Wpadamy na drogę N198, później w główną N193 by po 3 kilometrach uciec w boczną D107 i dojechać nią do Pinetu. Jedziemy mierzeją oddzielającą Morze Tyrreńskie od jeziora de Biguglia. Jest to największe przybrzeżne jezioro na Korsyce (1800 ha). Na obszarze jeziora i jego okolicy można spotkać ponad 100 różnych gatunków ptaków, w tym 30 zimujących i ponad 60 migrujących. Liczebna jest też populacja żółwia błotnego. Ze względu na to jak i bogatą florę utworzono tutaj rezerwat przyrody. Szybko pokonujemy ten odcinek ponieważ wzdłuż drogi pobudowano dobrą ścieżkę rowerową, więc można się skupić na jeździe, jednym okiem cały czas śledząc okolice. Zatrzymujemy się na nocleg na kempingu San Damiano około 12 km od Bastii. Kemping wyposażony jest niewiarygodnie: bardzo dużo miejsca, przepastne łazienki, pralnie, umywalnie i kuchnie, bezprzewodowy internet, dyskoteka, miejsca zabaw dla dzieci, sklep, kawiarnia i blisko położona plaża. Rozbijamy się blisko portierni wśród starych sosen z dala od tętniącego życiem centrum kempingu. Po kąpieli idziemy do baro-kawiarni. Zimne piwo, wygodne fotele na świeżym powietrzu, chilloutowa muzyczka i bezprzewodowy, darmowy Internet powodują u Igora pewien poziom szczęśliwości.

06.07.2009
Wstajemy o 5 rano, ekspresowe śniadanie i pakowanie. Płyniemy promem o 8:15. Zajmujemy miejsca leżące, bo Igor coś dzisiaj niewyraźnie wygląda. Wczorajsze słońce i brak czapki daje o sobie znać. Po dwugodzinnej drzemce idziemy do baru na kawę i Igorowi udaje się wrócić do żywych. Na kempingu w Livorno czeka na nas nasze autko, z miesięcznym kurzem na sobie i temperaturą w środku prawie 60 stopni. Nie chce nam się wierzyć, że to już koniec.
Całą drogę powrotną rozmawiamy o przeżytym miesiącu. Zawsze, po najpiękniejszej nawet wyprawie cieszyłam się, że wracam do domu. Tęskniłam za rodziną, za ekipą z Cykloturu. A teraz rozpłakałam się w samochodzie i powiedziałam Igorowi, że nie chcę wracać do Poznania. Chcę wracać do Castagnici, do Calanche, do Balagne i chcę zajrzeć tam gdzie nie zdążyliśmy zajrzeć; chcę skręcić w każdą drogę którą minęliśmy; chcę dalej podjeżdżać i zjeżdżać z frajdą jakiej nie znałam do tej pory. Igor powiedział, że nie pierwszy raz musi się ze mną zgodzić – też chętnie by zawrócił.
Próbowałam poukładać sobie w głowie to co napiszę o Korsyce i po przejechaniu kolejnych kilkuset kilometrów stwierdziłam, że pierwszy raz nie wiem co mam napisać. Wiem, co chciałabym przekazać, ale nie wiem jak – język okazuje się zbyt niedoskonały. Przepiękne widoki – to brzmi tak płytko, niewiarygodne zapachy – nic to nie mówi. Żaden dobrze napisany tekst, żadne zdjęcia nie oddadzą tego czego samemu doświadczy się na Korsyce. Sardynia jest inna, spokojniejsza, skromniejsza, ale równie urokliwa i zaskakująca. Biorąc pod uwagę jeszcze rowery poziome na których eksplorowaliśmy obie wyspy mogę napisać tylko jedno zdanie: uwierzcie mi ale i sami sprawdźcie, że Korsyka i Sardynia to wysypy na poziomie.