Sardynia: północny Wschód
28.06.2009
Jakoś wyjątkowo nie mogłam zasnąć. Budzili mnie ludzie wracający z koncertu jakieś włoskiej gwiazdy gdzieś w centrum miasta. Obudziłam się już o 6 rano. Po oddechu poznaję, że Igor jeszcze głęboko śpi. Zasypiam więc bez stresu, z postanowieniem, że wstanę wtedy, kiedy kierownik wstanie. Budzimy się dosyć późno bo o dziewiątej. Kemping opuszczamy po jedenastej. Igor chce jeszcze wstąpić zobaczyć plażę. I zobaczył falujący na niej strumień ludzkich ciał. Tłok jak na Krupówkach w Zakopanem. Z rozrzewnieniem wspominamy wczorajsze kąpiele zaledwie z kilkoma osobami w zasięgu wzroku.
Wyjeżdżamy drogą N125 w kierunku Olbi. Droga jest niezwykle malownicza: zatoczki między skalami, złote plaże, niezliczone, białe żaglówki jakby zawieszone nad przejrzystym turkusem wody. Niestety jest niedziela, więc nasze założenia „jazda cichą, boczną drogą” spełzły na niczym. Każdy dzisiaj z tej drogi próbuje wypatrzyć dla siebie kawałek wolnego dojścia do wody. Kilka kilometrów przed Olbią znowu odzywa się moje kolano. Coraz częściej droga pnie się mocno pod górkę, a towarzyszący temu porywisty wiatr i palące słońce mnie dobijają. Trzeba jechać więc zaciskam zęby, liczę pod nosem kolejne depnięcia „raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa...” ale po kilku kilometrach ból kolana jest już tak silny, że blokuje mi nawet swobodne oddychanie. Łzy napływają mi do oczu i robię scenę Igorowi, który nieświadomie zapytał co się dzieje. „wszystko mam w d***e” - mówię -”ten wiatr który zwala mnie z roweru, pozdrowienia mam w d***e, te widoczki i słońce i wszystko mam w d***e”. Igor zarządza odpoczynek, zimne picie, jakieś ciastka i się uspokajam. Moje kolano również. Przed Olbią wpadamy na główną drogę. Szybko chcemy zostawić za sobą to portowe, głośne miasto. Przed Arzacheną odbijamy w drogę również prowadzącą do Palau ale biegnącą wzdłuż Zatoki di Arzachena. Już po 6 kilometrach nie żałujemy wyboru. Mijamy Cannigione, Laconia i inne wioski-kurorty, które leżą nad samą wodą. Jedzie się fantastycznie pomimo niedzielnego ruchu. Droga biegnie właściwie wzdłuż plaż, zza następnego zakrętu może wyłonić się kolejna mała zatoczka, w której próbują swoich sił surferzy lub plaża z kilkoma wczasowiczami albo przystań dla zaledwie kilku łódek. Za wioską Tanca Menna zaczynają się przepiękne widoki na Archipelag La Maddalena. Tworzy go siedem bajkowych wysp pośród szmaragdowych wód Morza Tyreńskiego. Ponieważ archipelag należy do parku narodowego, wolno go zwiedzać tylko z przewodnikiem. Robiąc mnóstwo zdjęć dojeżdżamy do Palau – niezwykle ożywionego portu rybackiego. Można się stąd dostać na la Maddalenę kursującymi co 15 minut statkami.
Za Palau ponownie wita nas główna droga tym razem Nr133. Ponieważ jest w miarę płasko jedziemy szybko. Jutro chcemy porannym promem dostać się na Korsykę. Robi się szaro kiedy zatrzymujemy się w przydrożnej restauracji na kolacji. Skoro i tak czeka nas jazda z czołówkami na głowach nie ma się co spieszyć z jedzeniem. Decydujemy się na menu dla dwóch osób za widniejącą w karcie cenę. Jedzenia jest mnóstwo i jest przepyszne. Kończymy je zmrożoną nalewką Mirto i oszałamiającym nas rachunkiem. Owszem, menu było dla dwóch osób, ale mała nieścisłość – cena dotyczyła jednej osoby nie zestawu! W Polsce inaczej byśmy załatwili te sprawę, a tutaj po krótkiej dyskusji z kelnerem, z której nic nie wynikło wyszliśmy z wielkim niesmakiem. Należy uważać i dla pewności pytać, bo niestety jest to powszechna praktyka stosowana w restauracjach.
Była godzina 20:30, zrobiło się ciemno i chłodno, więc musieliśmy założyć czołówki i nasze wiatrówki. Byliśmy tak źli z wydanej niepotrzebnie sporej kwoty, że „nogi same podawały”. Pomimo szybkiego tempa i upływających kilometrów do Santa Teresa di Gallura została nam jeszcze dobra godzina jazdy. Mijaliśmy kemping kiedy Igor zdecydował, że skręcamy i na nim śpimy. Nie ma sensu jechać dalej i prawie o północy szukać noclegu skoro można iść spać teraz, wstać godzinę wcześniej i na czas zajechać do portu. Ponieważ recepcja była już zamknięta i nie udało nam się znaleźć żadnego „opiekuna” kempingu rozbiliśmy się bez meldunku. I do dzisiaj nie wiemy gdzie to było :)