Korsyka: Zonza i centrum
29.06.2009
Pobudka o 5:20 i 40 minut później już pedałowaliśmy. Po godzinie jazdy byliśmy już w S. T. di Gallura. Tym razem płynęliśmy Saremarem – było trochę taniej. Korsyka powitała nas dokładnie o dziewiątej. Na portowym murku zjedliśmy wcześniej zakupione śniadanie; bagietka, 3 rodzaje pasztetu i ciastka francuskie z czekoladą.
Droga wylotowa z Bonifaccio N198 to jedna z główniejszych dróg wyspie, więc pominę milczeniem te 30 km jazdy. Około 5 km przed Porto-Veccio droga prowadzi przez las dębów korkowych. Jest to największy taki las na Korsyce. Najgorszym momentem tej drogi był przejazd przez samo Porto-Vecchio. Widok z mostu na lagunę i port jest bardzo ładny. Ale miasto to jest trzecim co do wielkości miastem na Korsyce, znanym kurortem oblężonym przez tłumy turystów, więc jazda rowerem i w dodatku główną drogą nie jest niczym przyjemnym. Przejeżdżając kilka rond, przebiliśmy się w końcu na drogę prowadzącą ostro pod górę do wsi Zonza. Jest godzina 13:50 kiedy zaczynamy podjeżdżać. Już po kilku zakrętach znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie, trochę dzikim, ale oszałamiającym pod względem przyrodniczym i widokowym. Z wysokości około 600 m n.p.m. widok na zatokę Porto-Vecchio jest niewiarygodny. Doskonale widać ciąg półwyspów i zatoczek z jasnymi plażami gdzieniegdzie zasłoniętymi lasami. Turkus wody znowu nas natarczywie woła…
W szczytowym punkcie podjazdu, wioska L'Ospedale wita nas sporą „stromizną” i wielkimi dziurami w asfalcie (a raczej w tym co po nim zostało). Nawet dobrze, że prowadzimy rowery - mamy czas rozejrzeć się po wiosce. Kilka domów z kamienia rozsianych po zboczach, otoczonych płotami i wyglądającymi zza nich wielkimi krzewami hortensji o tak niesamowicie niebieskich odcieniach jak kolor wody z Zatoce Orosei. Stary, mały kościółek, dwie baro-kawiarnie i to wszystko. Z tarasu jednej z nich, popijając lodowaty napój podziwiamy okolicę, tym razem z wysokości 1000 m n.p.m.
Za wioską jest prawie płasko, a po drodze mijamy niewielkie jezioro powstałe przy zaporze. Ta główna rezerwa wody dla okolic Porto-Vecchio urozmaica surowy krajobraz złożony za skalistych stoków i wielkich świerków.
Kiedy docieramy na kolejną przełęcz Bocca d'Illarata jestem z siebie bardzo zadowolona. Spodziewałam się wyczerpującej, krwawej walki dzisiejszego dnia, a ja jestem prawie nówka. Korzystając z resztek zachodzącego słońca i z pięknych widoków poświęcamy trochę czasu na robienie zdjęć i filmików. Chłoniemy majestat prawie dziewiczego lasu z ogromnych sosen, z mnóstwem paproci, mchów i śpiewających bez ustanku ptaków. Gdzieś w przerwach między drzewami strzelają w niebo pojedyncze, pionowe iglice skalne.
Zrobiła się godzina 20:30 więc postanawiamy zostać na noc na miejskim kempingu 3 km przed Zonzą. Cisza jaka tutaj panuje jest niemal przytłaczająca! Kemping jest skromny i być może dlatego jest tutaj tak niewiele namiotów. Stare, wielkie sosny, niewiarygodnie duże porosty, które na pniach, gałęziach i wielkich szyszkach tworzą coś na kształt falban. Między tymi majestatycznymi drzewami stoi mosteczek nad przepływającą opodal rzeczką. Wszystko to dopełnia intensywny, świeży zapach prawdziwego lasu. Nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu i chyba wiem jak mogła się czuć Alicja w krainie czarów.
Ponieważ jutro mamy w planach canioning jest okazja by zrobić większą przepierkę łącznie z ręcznikami, które powinny w ciągu całego dnia wyschnąć. Zatem standardowy podział prac: ja pranie, Igor kolacja. Robi się ciemno kiedy kończymy przygotowania. Zapas wody i nasze rowerowe buty wystawiamy do przedsionka, by w miarę komfortowym wnętrzu spożyć kolację.
Nagle na nasz namiot pada cień jakiegoś pyska. Igor myśli, że to pies. Słyszymy intensywne węszenie i w przedsionku pojawia się głowa lisa. Kiedy jego nos zrównał się z moimi butami, po lisie ślad nie został.

30.06.2009
Zaspaliśmy na canyoning. Jakoś dziwnie dobrze nam się spało. W każdym razie kiedy zadzwoniliśmy o 8:30 usłyszeliśmy, że grupa wyrusza o 9.30. Nie było szans by zdążyć. Igor nie był szczęśliwy, bo oznaczało to jeden dzień dodatkowego pobytu bez jazdy rowerowej. Ale mi podobał się pomysł postoju, zwłaszcza w tak pięknym miejscu. Ponieważ na kempingu nie ma sklepu, wsiadamy na rowery i zjeżdżamy do Zonzy poczynić odpowiednie zakupy. Śniadanie konsumujemy na szerokim murku parkingowym przy sklepie i chwilę później już „po ludzku” siedząc przy kawiarnianym stoliku dojadamy deserem tiramisu i jak zawsze pyszną kawą. Obserwujemy życie wioski. Wierzyć nam się nie chce, że to spokojne miejsce położone wśród kasztanów jadalnych i sosen jest znanym ośrodkiem wakacyjnym tłumnie odwiedzanym przez turystów. Zaspokoiwszy głód odwiedzamy „Corsica Madness” i zapisujemy się na jutrzejszy canyoning. Igor koniecznie chce tego spróbować tym bardziej, że właśnie na Korsyce są ku temu jedne z najlepszych warunków w Europie.
Po powrocie na kemping zastajemy na nim już tylko 3 namioty. Igor poszedł na rekonesans opuszczonych miejsc i coś toczy przed sobą. Po chwili przed namiotem stał skompletowany nasz nowy zestaw mebli kempingowych: drewniany stół (szpula po wielkim zwoju kabla) i krzesła. Krzesła z tworzywa kiedyś może były stabilne, dzisiaj są stabilne jeśli się siedzi lekko pochylonym do przodu. W innej pozycji przyjmują pozycję fotela bujanego, z tym że bujnąć można się tylko raz porządnie do tyłu bez szans na powrót do pozycji wyjściowej. „Ale są” – mówi Igor i ma rację – nie trzeba siedzieć w namiocie na podłodze.
Skoro mamy meble, pranie przewieszone, śpiwory również łapią oddech na lince z praniem, baterie się ładują, zabieram się za przygotowywanie jajek na twardo z ketchupem. Igor robi przegląd rowerów. Gdzieś w dali się chmurzy ale Igor rzuca okiem i mówi, że „przejdzie bokiem”. Więc ja dalej słucham jak jajka podskakują w menażce, a Igor dalej bawi się imbusami przy rowerach. Jajka się ugotowały, zdążyłam jedno obrać, kiedy zaczyna kropić. Rzucam hasło „ściąganie prania” ale mój mąż dalej twierdzi, że to „chwilówka” i nie opłaca się ściągać prania, bo przejdzie. Ufam mężowi bezgranicznie, chyba, że jest coś w czym mu nie ufam ;-) Ściągam więc nasze koszulki, spodenki i ręczniki, bo to cały nasz zapas świeżych rzeczy i wrzucam do namiotu. Obieram kolejne jajko, kiedy zaczynają padać na nas większe krople. Igor w końcu stwierdza, że istnieje szansa, że jednak bokiem nie przejdzie, więc zarządza całkowitą ewakuację do namiotu. Zdążyliśmy zamknąć się w namiocie i zrobić miejsce na kolację kiedy gruchnęło z nieba! Z przerażeniem w oczach patrzyłam jak wiatr chce zerwać nasz namiot, słyszałam jak kulki gradu uderzają w pozostawione na stole nasze tytanowe menażki, które podskakując od tych uderzeń wydawały takie dźwięki, że już w wyobraźni widziałam te powykrzywiane kawałki metalu. Wszystko poodsuwaliśmy od ścian namiotu ponieważ gradobicie było tak silne, że spadające kulki (średnica niektórych 2 cm!) wbijały nam ziemię do namiotu. Rzeka która nagle zaczęła płynąć pod naszym namiotem postanowiła swoim wartkim nurtem zabrać nasze klapki pozostawione na zewnątrz. Po 15 minutach już tylko z drzew spadała woda. Igor z wielką chęcią założył na siebie kurtkę, ocalone z poświęceniem klapki i opuścił nasz cudem stojący jeszcze namiot. I słyszę: „Lusi wychodź, zobacz to! Niewiarygodne, zobacz to!”. Chcąc nie chcąc ubrałam kurtkę, bo ciekawa byłam „krajobrazu po bitwie”. Oj było co oglądać: pospadało mnóstwo wielkich szyszek i gałęzi przybranych girlandami porostów, które odbijały się na tle białego gradowego kobierca pokrywającego cały kemping. Nagrzana ziemia i powietrze w styczności z zimnym gradem stworzyły obraz jak z krainie czarów: na wysokości 1,5 metra cały kemping spowity był we mgle. Po chwili słońce próbowało przebijać się między koronami drzew czyniąc ten krajobraz czymś wręcz mistycznym. Kiedy nasyciliśmy oczy i aparat tymi niezwykłymi widokami trzeba było zająć się bardziej przyziemnymi sprawami. Igor z uśmiechem 6-letniego chłopca na ustach zaczął zabawę w błocie. Nazywało się to „kopaniem kanałów” by odprowadzić stojącą wciąż pod naszym namiotem wodę. Ja po zrobieniu jeszcze kilku zdjęć opanowałam bałagan w namiocie. Jedna rzecz, której Igor w tym momencie żałował to brak whiskey. Darmowy lód aż w nadmiarze był w zasięgu ręki i nie było go do czego wrzucić. Smutek trwał krótko, bo Igor wykorzystał lód do zrobienia turystycznej wersji mrożonej herbaty.
Wieczorem dziękowaliśmy opatrzności, że nie zdążyliśmy dzisiaj na canyoning.

01.07.2009
Spało nam się wyśmienicie. Pobudka o 7:30, szybkie pakowanie ręczników i jedziemy do Zonzy. Przed wyjazdem na rzekę musimy dopasować pianki, spakować swoje rzeczy do wodoszczelnego pojemnika (kanapki, dokumenty, ręcznik). Pojemnik ten razem z kaskami, uprzężami i butelkami wody do picia wrzucamy do specjalnego plecaka. O 9:30 wyruszamy samochodami w kierunku Bavella. Trzeba pokonać spory kawałek drogi do kanionu przez który przepływa rzeka Vacca. Tysiące myśli przebiega mi przez głowę, oczywiście większość z nich w kolorze czarnym, a przynajmniej w odcieniu szarości. Nie umiem pływać, mam lęk wysokości i mam dzisiaj urodziny! Po jakiego czorta pcham się na canyoning? Czy nie powinnam tego dnia spędzić w salonie masażu? A jeśli mi się coś stanie? A jeśli przeze mnie grupa będzie miała opóźnienia albo będzie musiała wracać albo... mnóstwo innych rzeczy. Serce wali mi jak oszalałe. Ściskam Igora za rękę i się uśmiecham – nie będę robić mu przykrości skoro dzisiejsza wyprawa ma być prezentem urodzinowym dla mnie. Ale i tak wiem, że Igor wie, że ja wiem, że on wie, że… najprościej mówiąc: wolałabym zostać w namiocie.
Zajeżdżamy na miejsce i parkujemy auta na brzegu lasu. Zaczyna się półgodzinne schodzenie w dół. Nawet dobrze, że tyle trwa dotarcie do rzeki, próbuję opanować nerwy i trzęsionkę łydek. Rzeczka wygląda przyzwoicie: dużo różnej wielkości kamieni porozrzucanych w wodzie. Kilka płaskich głazów na których próbujemy ubrać się w pianki i kaski. Spoglądamy na otaczające nas kilkusetmetrowe ściany. Widok jest piękny choć lekko przytłaczający. Zanurzeni po kolana w wodzie uśmiechamy się do wspólnego zdjęcia. Wszyscy się śmieją, niektórzy przewracają się nie potrafiąc utrzymać równowagi na śliskich kamieniach. Dlaczego się tak denerwowałam?! Pójdziemy kawałek rzeką i ok!
Kilka kroków dalej już przestałam się tak szeroko uśmiechać. Pierwszy ślizg tunelem utworzonym przez zwalone wielkie głazy i skok do wody zapoczątkował ciąg zdarzeń niekoniecznie mnie uszczęśliwiających. Próbowałam czasami łapać się kamieni ale były śliskie. Cały czas zastanawiałam się do czego potrzebna nam jest uprząż. Kiedy instruktor kazał nam przypiąć się do liny i przejść trzy metry wzdłuż kamiennej ściany i na końcu skoczyć z kilku metrów do wody już wiedziałam po co nam uprzęże. Kawałek trzeba było przepłynąć. Na szczęście byliśmy ubrani w pianki i to pozwoliło mi nie utonąć. Odnalazłam wzrokiem Igora i dopłynęłam do niego. Kiedy zebrała się cała grupa instruktor stwierdził, że niestety kończymy wyprawę. Od kilku minut było słychać jakieś grzmoty. Zmieniała się pogoda i istniało prawdopodobieństwo, że w kanionie zastanie nas burza. Nie jest to bezpieczna sytuacja. Igorowi kąciki ust wygięły się mocno w dół. Niestety nie solidaryzowałam się z mężem w tych uczuciach. Szczerze powiem, że miałam dosyć i byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy. Mój spokój wewnętrzny nie trwał długo. Podczas wycofywania się spotkaliśmy druga grupę. Przewodnicy ustalili miedzy sobą, że nie zostało nam już dużo trasy do pokonania, za to najciekawszy jej odcinek, jest ich dwóch i w razie potrzeby dadzą sobie radę. Po chwili staliśmy nad wodospadem. Jak ja mam skoczyć z tych 8 metrów skoro pode mną woda ma kolor ciemnogranatowy? Próbuję kucać – wydaje się być niżej. Ale instruktor każe mi wstać i skakać z wyprostowanych nóg. Kucałam i wstawałam jeszcze kilka razy, ale uświadomiłam sobie, że wstrzymuję grupę. Prawie wszyscy są na dole, przede mną skakała pani trochę tylko młodsza od mojej Mamy, a ja stoję i panikuję. Nie wiem jak ale skoczyłam. Modliłam się tylko o to, by zachować się w całości. Oczywiście napiłam się wody, przez dłuższą chwilę nie wiedziałam w którym kierunku mam płynąć. Ale kiedy przejrzałam na oczy stwierdziłam, że Igor jest, ma nasz plecak, grupa jest, ja jestem cała bez strat i obrażeń, więc opatrzność czuwa nad szaleńcami. Jeszcze kilka takich wodnych atrakcji i siły zaczęły mnie opuszczać. Nie zdawałam sobie sprawy, że ten sport wymaga tak wysokiej sprawności. O psychice nie wspomnę. Nie wiem ile czasu minęło, ale na naszej drodze pojawiły się wielkie, płaskie głazy. Zarządzono wyjście z wody. Ledwie wypełzłam z rzeki, bo jakimś dziwnym trafem straciłam władzę w nogach. Myślałam, że to przerwa na posiłek, a to był upragniony przeze mnie koniec! Ulga jaką poczułam była najprzyjemniejszym z dzisiejszych odczuć. Przed nami jeszcze wspinaczka pod górę. Nie jest łatwo: mam zakwaszone łydki, na sobie mokrą piankę, a wspinaczka trwa przeszło godzinę. Z ulgą wsiadam do samochodu. Przejeżdżamy przez Col de Bavella (1218 m n.p.m.). Tuż przed przełęczą wśród sosen stoją niskie domki z kamienia. To dawne owczarnie. Nasz kierowca nagle hamuje – oto stadko czarnych, dzikich świń pasące się przy drodze postanowiło przejść na drugą stronę. Widok na przełęczy jest niesamowity – nie da się go opisać słowami. Poszarpane iglice skalne tzw. „widły Bavella”, które sterczą ponad poskręcanymi przez wiatr czarnymi sosnami, urzekają swoim majestatem. Za każdym zakrętem widok na te skalne ściany trochę się zmienia i mamy wrażenie, że oglądamy film o tym miejscu.
Do Zonzy docieramy trochę zziębnięci więc szybko ubieramy suche rzeczy i zasiadamy w pobliskiej kawiarni przy dużej, pysznej kawie. Robimy zakupy w sklepiku i wracamy na kemping. Na urodzinowy obiad serwuję grzane kiełbaski, wyśmienity ser camembert i deser z arbuza i brzoskwiń. Po obiedzie, przy piwku dzielimy się wrażeniami. Wycieczka kosztowała 50 Euro/osoba i była warta swojej ceny. Przeszły już moje emocje i zaczęłam cieszyć się przeżytym dniem. Spędziłam czas w doborowym towarzystwie, wśród przepięknej przyrody, pływałam w górskiej rzece, a momentami nawet walczyłam o życie w tej rwącej wodzie. Pokonałam swoje lęki i słabości i nie zrobiłam wstydu sobie i Igorowi. Canyoning to jedno z tych doświadczeń, które pozwalają poznać siebie i jeśli się ma okazję tego spróbować trzeba to zrobić. Jest jednak kilka „ale”: zejście do rzeki i powrót są bardzo wyczerpujące i strome, dlatego trzeba być dobrze przygotowanym kondycyjnie. Są trasy o różnym stopniu trudności i trzeba o to zapytać przed wyruszeniem. Nie można bać się wody i trzeba być nastawionym na pokonywanie własnych barier.
Zasypialiśmy jak dzieci, chociaż nie było łatwo od nadmiaru wrażeń. Jutro czeka nas podjazd pod Col de Verde (1289 m n.p.m.). Ciekawa jestem naszej jutrzejszej kondycji po dzisiejszym wysiłku.

02.07.2009
A jutro jest futro. Czeka nas czwarty nocleg pod Zonzą. Mam kamień zamiast mięśni od pasa w dół. Noc była dla mnie masakryczna: zakwasy nie pozwoliły mi ani podkurczyć nóg, ani obrócić się na bok. Wyszłam z namiotu w wielkich bólach i poruszając się niczym stwór Frankensteina dotarłam do łazienek.
Przy śniadaniu próbujemy zmodyfikować trasę, ale i tak musimy przejechać przez przełęcz. A skoro ja nie nadaję się dzisiaj nawet do tego by spakować namiot to o całodniowej jeździe rowerem pod górę nie ma mowy. Cały dzień upływa nam na czytaniu przewodnika, nadrabianiu zaległości w pisaniu i drzemkach. W przerwach miedzy tymi czynnościami Igor zmusza mnie do stretchingu i robi mi „wcierki” maścią arnikową. Dobrze, że akurat dzisiaj przyjechali panowie kosić trawę na kempingu, przynajmniej zagłuszają moje wycie z bólu podczas tych wcierek. W okolicach godziny osiemnastej czuje się lepiej. Próbujemy wsiąść na rowery by pojechać do Zonzy coś zjeść i zrobić zakupy na jutro. Okazuje się, że na rowerze nie ma tragedii – pracują inne partie mięśni. Gorzej, kiedy trzeba zejść z roweru i kilka kroków podprowadzić go by gdzieś zaparkować. Kończy nam się gotówka, więc Igor jedzie do najbliższego bankomatu, do oddalonej o 5 km wioski San Gavino. Ja orientuję się, że nie mam lusterka w rowerze. Niestety nigdzie nie możemy go znaleźć. Trudno. Z zastrzykiem gotówki i zakupami wracamy na kemping.

03.07.2009
Oczywiście wstaliśmy pół godziny po budziku. Pakowanie poszło bardzo sprawnie, a to głównie za sprawą naszego stołu dzięki któremu nie musiałam się schylać czy kucać. Igor wszystko na nim kładł a ja pakowałam do sakw. Płacimy za noclegi i przed dziewiątą siedzimy już na rowerach. Za Zonzą wpadamy na drogę D420. Około 4 km za Zonzą fajny zjazd. Trzeba być czujnym na zakrętach ponieważ asfalt pokryty jest naniesionym podczas burzy piaskiem, szyszkami, igliwiem i kamieniami. Bardzo łatwo można wzorcowo wpaść w poślizg.
W niezwykle klimatycznej, kamiennej wiosce Serra di Scopamene zatrzymujemy się na kawę. Miejsce jest jakby senne, zapomniane, historia zamieszkujących go ludzi wisi w postaci starych zdjęć na ścianach kafejki. Stare radio, zegary, przyrządy pasterskie wszystko to powoduje dziwne dreszcze na ciele. Caffe a Scopa posiada komputer z dostępem do internetu i tylko ten fakt świadczy o tym, że jednak i tutaj czas biegnie nieubłaganie.
A skoro czas biegnie… szybko mijamy Aullene i drogą D69 wspinamy się na Col de Vaccia. Nigdy nie zapomnę tej przełęczy: kiedy zamknęłam oczy to nie tylko czułam zapach, ale też go słyszałam. Cała przełęcz pokryta była kwitnącą akurat makkią – kolczastymi krzaczastymi zaroślami, a intensywny miodowy zapach wręcz powodował ślinotok. Kompletu dopełniał dźwięk tysięcy pracujących pszczół. Zjawiskowa chwila!
W ciągu dwóch godzin minęło nas 5 samochodów i 3 motocykle. W takim błogim spokoju, pośród lasu z mnóstwem potoków i dzikimi świniami buszującymi na poboczach, docieramy do miejscowości Cozzaro, gdzie robimy zakupy. Jest prawie 19:00 gdy docieramy na Col de Verde (1289 m n.p.m). Nasz dzisiejszy nocleg to namiot rozbity obok schroniska na przełęczy (5,5Euro/osoba). Pomimo dzisiejszych podjazdów i resztek zakwasów nie czujemy zmęczenia. Jutro zaczynamy dzień zjazdem i to jest optymistyczna myśl z którą zasypiamy.

04.07.2009
Rano jest bardzo zimno jak to w górach. Szybko ubieramy długie spodnie i kurtki, a dopiero potem kawa i śniadanie. Robimy zdjęcie z tablicą z nazwą przełęczy na pamiątkę i suniemy w dół. Błyskawicznie mijamy Ghisoni i kawałek później zaczynamy podjeżdżać na Col de Sorba (1311 m n.p.m). Podjazdu nie można zaliczyć do trudnych. Dobra nawierzchnia, pięknie widoczne szczyty gór. To co czeka nas na przełęczy przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania. Widok na drogę którą będziemy zjeżdżać do Vivario jest niesamowity! Napawamy się tym widokiem kilka minut. Okolica jest tak piękna, że pierwszy raz wahamy się czy zjeżdżać. Jadę pierwsza. Po kilku zakrętach nie daję rady: lecą mi łzy z oczu, a z gardła wyrywa się okrzyk szczęścia. Emocje są tak potężne, że dostaję „wewnętrznej trzęsionki” żałując, że nie przeżywają tego z nami nasi bliscy. Po kilku minutach dociera do mnie Igor tak samo roztrzęsiony jak ja. Tarcza przedniego hamulca jest czerwona bo oszołom zjeżdżał na hamulcu trzymając cały czas w jednej ręce aparat i nagrywał filmik. Jeszcze później, kiedy oglądałam ten filmik na YouTube miałam dreszcze, ale też pewność, że kilka lat temu wyszłam za mąż za świra! Musimy odetchnąć - pierwszy raz pozytywne emocje wyczerpały mnie tak, że nie mam siły wsiąść na rower. Teraz zjeżdżamy już spokojniej robiąc całe mnóstwo fotek. Droga N193 na którą wjechaliśmy to jedna z główniejszych dróg. Ale jedzie się zadziwiająco spokojnie. Mijamy przełęcz Col de Belle Granaje (723 m n.p.m) i dzięki niej do miejscowości Corte wpadamy z szaleńczą prędkością.
Zaraz przy wjeździe do miasta po prawej stronie drogi stoi Supermarket Casino i Cocci Market. Robimy zapasy na wieczór ale też uzupełniamy na bieżąco nasze żołądki. Z parkingu przy markecie widać słynne Orle Gniazdo. Robimy zdjęcie ale postanawiamy jechać dalej. Wątpimy czy jest coś co może konkurować z dzisiejszymi naszymi przeżyciami.